Rozdział 3



Poprzedni rozdział


Pałac Kultury i Nauki, 25 października 2013r.,
godz. 9.00


Zerknęła na budynek. Kolos osnuty mgłą nie reagował, ale ona wiedziała, że jego majestatyczne kształty zapamiętają ją na długo. Za chwilę miała połączyć się z nim na zawsze.
W życiu człowieka jest wiele magicznych miejsc. Wybiera się na wycieczkę, dociera do punktu przeznaczenia i miejsce go urzeka. Jednak na linii życia każdego z nas, dwa z nich zajmują szczególnie uprzywilejowane pozycje. Pierwsze to zazwyczaj miasto, w którym przychodzimy na świat. Drugie to konkretna ulica, pokój lub budynek, który widzimy jako ostatni. Nie wszystkim jest dane zapisać w pamięci choć na chwilę miejsce, w którym oddadzą to, czym cieszyli się przez lata… miejsce gdzie umierają.
Amelia była wybranką. Wiedziała, że zaraz pożegna się ze światem i mogła dobrze przyjrzeć się otoczeniu, w jakim to nastąpi. Była zadowolona. Niektórzy odchodzą w szpitalach, inni we własnym domu. Ona zrobi to z klasą, w murach najpiękniejszego polskiego zabytku.
Równo o dziewiątej weszła do Pałacu. Była szczupłą brunetką średniego wzrostu. Za miesiąc miała skończyć dwadzieścia lat.
Ubraną na szaro wyróżniał jedynie czerwony plecak z mroczną zawartością.
Rozejrzała się. O tej godzinie nie było wielu zwiedzających. Podchodząc do kasy biletowej wyjęła z kieszeni odliczoną sumę pieniędzy. Zakupiła bilet i wsiadła do windy. Kobieta obsługująca dźwig przywitała ją uśmiechem, jednak Amelia go nie odwzajemniła. Od jakiegoś czasu nie odczuwała radości. Spojrzała tylko na starszą panią, która dostrzegła w ciemnych oczach dziewczyny ból i niewyobrażalny smutek. Amelia zrozumiała już wcześniej, że ludzie widzą w niej zmianę… zmianę, której nie da się już odwrócić. Gdyby nie tajemniczy mężczyzna, którego spotkała na swej drodze, może teraz siedziałaby z koleżankami w pubie i śmiała się do rozpuku z żartów innych. Wiedziała, że to byłoby nieprawdziwe. Wiedziała, że żyje w świecie, gdzie ludzie się okłamują. Nie dostrzegają prawdy, jaka ich otacza. Wolą powtarzać sobie brednie o bogu i sensie życia.
Kiedyś była przekonana, że po śmierci spotka się ze stwórcą, że istnieje dla wyższego celu. Doświadczała duchowych uniesień myśląc, że egzystencja w obecnej postaci to tylko etap przejściowy. Była głupia. Teraz dzięki Niemu wie, że jest inaczej, wie, że życie to tylko ewolucyjna prawidłowość. Niestety, to skłania ją do pozbycia się go. Wychodzi z założenia, że jeśli żyć jest bezsensu to nie żyć również. A skoro ani jedna, ani druga możliwość nie jest zła, to każda jest dobra. Wybiera więc łatwiejszą. Śmierć. Jej rozważania zakończyły się po dziewiętnastu sekundach, czyli po czasie jaki winda potrzebowała na dotarcie do trzydziestego piętra.
Wysiadła, a drzwi zamknęły się za nią. Obeszła taras widokowy i wybrała najlepsze miejsce. Nie spieszyła się. Chciała poczuć życie, zanim poczuje śmierć. Zbliżyła się do balustrady i przywiązała do niej sznur. Na drugim jego końcu znajdowała się pętla. Chciała przez chwilę pomyśleć, lecz nie mogła ryzykować, że ktoś ją tu zastanie i udaremni plan. Wspięła się więc na kratę, która zakończona była wystającymi drutami, utrudniającymi przejście na drugą stronę. Nie zdziwiło jej to. Bywała tu wcześniej. Złapała za nie. Podciągnęła się jak na drążku, zarzuciła nogę i przeszła na drugą stronę. Zeszła w dół. Odnalazła pętlę i założyła ją na szyję. Była bezpieczna. Już nikt jej nie przeszkodzi. Dopiero teraz spojrzała w dół. Cofnęła się gwałtownie i docisnęła plecy do balustrady. Złapała się kurczowo. Poczuła strach. Może gdyby wcześniej skakała na bungee lub ze spadochronem, uczucie, które towarzyszyło jej teraz byłoby inne.
Rozglądała się dookoła, ale widziała tylko zarysy malutkich postaci. Mgła z minuty na minutę stawała się gęstsza. Zamknęła oczy.
Przypomniała sobie jak było wcześniej. Zanim poznała Jego. Widziała świat w kolorach. Wśród ludzi uchodziła za wesołą. Cieszyła się z najmniejszych rzeczy.
Pamiętała, jak w szesnaste urodziny oczekiwała, że dostanie od matki nowy, piękny telefon komórkowy, była świadoma, że nie było ich stać na taki wydatek, ale lubiła marzyć. Wróciła ze szkoły i przywitał ją wspaniale zapakowany prezent. Wielkością odpowiadał przedmiotowi jej marzeń. Zakładając, że był w pudełku prosto z salonu. Otworzyła go jak najszybciej i ujrzała książkę. Książkę, którą widziała w sypialni matki odkąd tylko pamiętała. Pismo Święte. Nie wiedziała, czy to żart i jak się zachować. Uśmiechnęła się i usłyszała:
- Amelciu, to najcenniejsze, co mam i oddaję to tobie.
Pierwsze, co przyszło jej do głowy, to przekonanie, że ona powinna być najcenniejszym dobrem matki. Nie jakaś książka. Ona. Zaraz jednak przypomniała sobie, co zawsze jej powtarzano. Bóg jest najważniejszy. Jemu służymy. Do niego się modlimy. Amen. I ucieszyła się z prezentu. Uznała go za coś wspaniałego. Zapomniała o telefonie i zaczęła czytać. Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię…
Postanowiła oddać swoje życie Bogu i pójść do klasztoru.
Mniej więcej trzy lata później zaczęła rozmowę z Nim i wszystko się zmieniło. Wytłumaczył jej, że ludzi nie stworzył wyższy byt. Że życie po śmierci nie istnieje, a szukanie w nim sensu, to wymysł ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie z rzeczywistością. Twierdził, że przekaże jej wiedzę, która doprowadzi ją do umysłowego oświecenia… że wskaże jej drogę. I oto wskazał. Drogę do sznura.
Nie winiła go. Była mu niezmiernie wdzięczna. Jej samobójstwo było dla niej po prostu następstwem racjonalnego myślenia. Wspomniała chwile, które spędzili razem. Przez siedem miesięcy ich znajomości zmieniła się całkowicie i dobrze Go poznała. Wiedziała, że kiedy dowie się o tym, co właśnie miała zamiar zrobić, nie będzie zadowolony. Uzna to za swoją porażkę, ale nie przejmie się tym zbytnio. Była świadoma, że Obiektów takich jak ona, jest więcej i będzie musiał się nimi zająć. Nie będzie miał czasu jej opłakiwać.
- A nawet gdyby miał, uzna to za nielogiczne – powiedziała na głos.
Zazwyczaj On nie przedstawiał jej innych Obiektów. Był jednak wyjątek. Anna. Jego pomocnica.
Też kiedyś była Obiektem, a teraz stawiał ją innym za przykład. Amelia chciała być jak tamta. Zazdrościła jej spojrzeń, którymi ją obdarzał.
Przypomniała sobie, że stoi wysoko ponad głowami ludzi i uznała, że te rozmyślania nic jej nie dadzą.
Chciała jeszcze raz napawać się wiedzą, którą posiadła. Spojrzała w dół. Ludzie mijali się. Pędzili w przekonaniu, że to co mają zamiar zrobić, jest najważniejszą rzeczą pod Słońcem. Tak nie było. Gdyby dowiedziała się, do czego tak spieszą i wybrała najistotniejszą rzecz, to i tak poczułaby się rozczarowana… nawet gdyby w szranki z innymi stanęli lekarze pędzący do swoich umierających pacjentów. Egzystencja kończy się i nie ma nic. Nie ma światełka na końcu tunelu. Nie ma zmarłych krewnych witających nas u bram niebios. Nie ma rogatego diabła czekającego, aż będzie mógł przysmażyć nasze ciało na rożnie rozwieszonym nad wiecznym ogniem. Nic z tych rzeczy. Jest tylko pustka, której i tak nie odczuwamy, bo nie istniejemy.
Nagle dostrzegła mężczyznę wychodzącego ze sklepu. Wpadł na kobietę, mijając się z nią w drzwiach. Amelia nie wiedziała, że był pijany i po prostu się zatoczył. Nie wiedziała, że zaraz upadnie i uderzy twarzą o chodnik, łamiąc sobie boleśnie nos i tracąc przytomność.
Pomyślała, że ktoś ją dostrzegł i zaraz wszyscy będą wiedzieli o jej obecności, a chciała przecież odejść w spokoju.
Odepchnęła się i skoczyła.
Plecak, który wcześniej leżał na sznurze, teraz zsunął się i zaczął spadać. Czas się wydłużył. Nie widziała jednak obrazów ze swojego życia. Czuła pustkę. Oczekiwała nieuniknionego.
Sznur się naprężył.
Rdzeń kręgowy został przerwany. Życie Amelii dobiegło końca. Nastała ciemność. W tej samej chwili nos mężczyzny stykał się z podłożem.
Czerwony plecak leciał unoszony na wietrze jeszcze przez chwilę, aż wylądował pod nogami nieznajomego, który zdziwiony spojrzał w górę i z przerażeniem wskazał palcem na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz