Rozdział 6



 Lotnisko Chopina, Warszawa, 26 października 2013r.
godz. 7.00


Port lotniczy im. Fryderyka Chopina zajmuje powierzchnię blisko pięciuset hektarów i jest największym w Polsce. Rocznie przez odprawę przechodzi tutaj od ośmiu do dziesięciu milionów pasażerów. Podróżujący przemieszczają się stąd do krajów Ameryki Północnej, Afryki, Azji i oczywiście Europy. Całość podzielona została na dwie części: Terminal A oraz Terminal General Aviation. Ten drugi służy pasażerom korzystającym z prywatnych lub korporacyjnych samolotów.
Właśnie tam Alex czekał na tajemniczego człowieka o francuskim imieniu. Był ciekaw tego, co tamten miał mu do powiedzenia, dlatego zjawił się w umówionym miejscu pół godziny wcześniej. 
Przed nim znajdował się nowoczesny budynek, do którego jak mniemał miał wejść.
Czuł, że w samobójstwie z dnia poprzedniego coś pozostawało niedopowiedziane. Gdzieś była nieścisłość. Miał nadzieję, że tamten rzuci na tę sprawę trochę światła.
Nie był jednak pewien czy nie jest to jakiś głupi żart. Może ktoś bawi się jego kosztem. Wiele osób w tym kraju nie lubi policjantów. Nazywają ich psami, a ich służbowe samochody sukami.
- Sierżancie? – Dobiegł go głos mężczyzny, który zmaterializował się tuż obok niego.
Zdziwił się. Była sobota i miał wolne. Nie znał tego człowieka, ale on wiedział jakie stanowisko zajmuje, mimo iż nie miał na sobie munduru z naszytą dystynkcją, z której mógłby to wyczytać.
- Znam pana? – Zdziwił się.
- Mam na imię Pierre. – Przedstawił się elegancko ubrany, starszy mężczyzna o nienagannej sylwetce. Przysłał mnie Xavier Lorrain. Mam towarzyszyć panu w drodze do Bordeaux we Francji.
Szrama nie spodziewał się takiego przebiegu zdarzeń. Myślał, że ma spotkać się na lotnisku z mężczyzną posiadającym informacje.
Tamten powie mu, co ma do powiedzenia i odleci. Nie przypuszczał, że to on ma udać się w podróż. Przynajmniej dowiedział się, jakie nazwisko nosi ten, który najpewniej bawi się z nim w kotka i myszkę.
- Nikt mnie nie uprzedził… - nie zdołał dokończyć, gdy Pierre wszedł mu w zdanie.
- Pan Lorrain musiał wczoraj opuścić Polskę i nie jest w stanie określić terminu swojej następnej wizyty tutaj, dlatego uprzejmie prosi, aby udał się Pan w ślad za nim i wysłuchał, co ma do powiedzenia – styl, w jakim wypowiadał zdania wydał się Alexowi nie z tej planety. Tutaj zamiast przecinków używa się słowa kurwa, a kropki zamienia się na wypierdalaj.
- Nie byłem przygotowany… nic nie spakowałem…
- Proszę się nie martwić, wróci pan najprawdopodobniej dzisiaj wieczorem. A teraz musimy już iść. Czekają na nas.
Samolot nie był tak duży jak te pasażerskie, ale musiał kosztować bardzo wiele. Szrama nie przypuszczał, że umówił się z kimś kogo stać było na prywatny odrzutowiec. Po co milioner fatygowałby się na miejsce samobójstwa obcej dziewczyny? Nie wyglądał przecież jakby ją znał. Może miał w tym jakiś interes, a młodego policjanta wypatrzył sobie jako łatwy sposób na jego realizację. Chciał go zmanipulować? Podejrzliwe myśli opuściły go, gdy do środka zaprosiła ich wyjątkowo urodziwa, młoda stewardessa.
Wnętrze wyglądało dokładnie tak, jak na wysokobudżetowych filmach. Każdy element idealnie współgrał z kolejnym. Gdyby do niektórych elementów wyposażenia przyczepić kartkę z ich ceną, pewnie byłaby dłuższa niż dany przedmiot. A małych rzeczy nie widział.
Usiadł na wprost Pierre’a w jednym z czterech wyjątkowo wygodnych skórzanych foteli. Pomiędzy nimi znajdował się stolik, na którym obsługująca ich kobieta postawiła dwa kolorowe drinki.
- Podróż potrwa dwie godziny trzydzieści minut, gdyby panowie mnie potrzebowali proszę dzwonić – wskazała czerwony przycisk, uśmiechnęła się szeroko i zniknęła.
Wznieśli się w powietrze.
Kiedy jego towarzysz oddawał się lekturze, Alex rozmyślał nad niedorzecznością swoich poczynań. Jego przeczucia wydawały mu się idiotyczne. Może komisarz miał rację, że zaufał Medykowi i spławił natręta. Może powinien postąpić tak samo. Może nie powinien brać wizytówki od nieznajomego…
Zamknął oczy i zasnął. Kiedy się obudził podchodzili do lądowania.
Po opuszczeniu samolotu udali się do podstawionego Rolls – Royce’a, który dowiózł ich do malowniczej winnicy w mieście Bordeaux.
Dziewiętnastowieczna posiadłość rodziny Lorrain była jedną z największych w okolicy. Wszędzie rosły wielkie drzewa liściaste, które rzucały cień na kilkusetmetrowy podjazd. Willa stojąca na jego końcu wydawała się być nieprzyjazna. Szaro beżowa, porośnięta winoroślą budowla, miała w sobie coś upiornego. Tuż za nią znajdował się bezmiar małych, zielonych drzewek zasadzonych w prostych liniach. To one rodziły owoce, które po przetworzeniu dawały wyśmienity trunek i sponsorowały drogie środki transportu ich właściciela.
Xavier ubrany identycznie jak poprzedniego dnia, wyczekiwał gości na schodach przed wejściem. Przywitał się z nimi, a następnie odprawił Pierre’a.
- Nie spodziewałem się, że wyląduję dzisiaj we Francji – zaczął Szrama poważnym tonem.
- Przepraszam, że pana fatygowałem, ale wczoraj pilnie musiałem opuścić Warszawę. Sprawy rodzinne. Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe wycieczki, na którą pana zaprosiłem – ton głosu gospodarza wydawał się szczerze zakłopotany.
- Jeśli dowiem się od pana czegoś ciekawego…
- Może wejdźmy do środka, tam powiem panu, co wiem.
Teraz znajdowali się w pomieszczeniu, które wyglądało na salon. Duże okno wychodziło na taras, za którym zaczynała się plantacja. Po środku stały dwie sofy. W ścianie na wprost drzwi, przez które weszli znajdował się sporych rozmiarów kominek. Na ścianach wisiały obrazy i kilka zwierzęcych skór. Stąpali po eleganckiej drewnianej podłodze. Było przytulnie.
Chwilę po tym jak usiedli, pojawił się mężczyzna wyglądający na naprawdę starego. Z ręki zwisał mu biały kawałek materiału. W dłoni trzymał srebrną tacę, z której zdjął dwa kieliszki i butelkę wina. Rozlał jej zawartość do kieliszków i wyszedł.
- Mam nadzieję, że nie zawiodę pana kubków smakowych – po tych słowach Xavier wziął do ręki szkło, zatoczył nim delikatnie niewidzialne w powietrzu koła, powąchał i upił łyk. – Moja rodzina już w dziewiętnastym wieku zajęła się produkcją win. Doskonalili sposoby pozyskiwania winogron i fermentacji. W końcowym rezultacie stworzyli produkt, który znany jest na całym świecie, a ja odziedziczyłem go w spadku. – Alex przysłuchując się tej historii nabrał ochoty na spożycie. Wziął lampkę wina i wypił bez żadnych zbędnych ceregieli do dna. – Widzę, że po podróży jest pan spragniony. Smakuje?
- Owszem, bardzo dobre. Przejdźmy może jednak do tego, po co tu jestem.
- No tak. To, co wam wydaje się samobójstwem, jest nim w rzeczywistości. Te kobiety odbierają sobie życie, bo same tego chcą.
- Twierdzi pan, że przyleciałem tutaj żeby dowiedzieć się czegoś, co wiedziałem już wcześniej? Żartuje pan ze mnie? I jakie kobiety do cholery? Była przecież tylko jedna. – Szrama nie ukrywał złości, którą odczuwał.
- Proszę być cierpliwym i dać mi skończyć. – Odrzekł stanowczo mężczyzna w szarym garniturze. – Kobiet, które popełniły samobójstwo w Polsce jest wiele, ale kilka z nich jest szczególnych. Po pierwsze na ramieniu mają wytatuowanego kruka, a pod nim liczbę. Po drugie, wszystkie znają pewnego mężczyznę, którego imienia nie poznałem. Wiem tylko, że jest człowiekiem z wizją. Problem w tym, że wprowadzając swoje zamiary w życie, pośrednio morduje ludzi.
- Nic z tego nie rozumiem. – Niecierpliwił się sierżant.
- Proszę słuchać dalej. Od jakiegoś czasu dostaję listy od kogoś, kto podpisuje się inicjałem K. Na początku opisywał swoje zamiary, od niedawna przysyła mi tylko pojedyncze słowa. Zazwyczaj pisze brak sukcesu, tylko dwa razy dostałem kartkę, na której widniał napis sukces. Przypuszczam, że każdy jego brak sukcesu to czyjaś śmierć. Listów dostałem kilkanaście. Stąd mój wniosek, że wypadek w Pałacu nie był odosobniony. Nie potrafię powiązać go z innymi, ponieważ zawsze ofiara zabija się sama i nic nie wskazuje na ingerencję osoby trzeciej.
- To, co pan mówi, wydaje mi się niedorzeczne – Alex czuł się jakby ktoś starał się nieumiejętnie zrobić z niego kretyna.
- Pewnie też byłbym zdziwiony, gdyby obcy człowiek opowiadał mi taką historię. Jednak proszę mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Też w to nie wierzyłem, aż zobaczyłem tatuaż na ciele tej dziewczyny, którą zaszufladkowaliście jako samobójstwo.
- Widział pan jej ciało? Jak to możliwe? – Szrama wydawał się być zszokowany.
- To długa historia. Skupmy się na tym, co istotne. Ze wspomnianych listów wynika, że… - Nie dokończył zdania, gdy przerwał mu jego gość.
- Może zamiast opowiadać, pokaże mi pan te listy.
- Niech będzie i tak – Xavier wstał i bez słowa opuścił pomieszczenie. Kiedy go nie było, policjant wpatrując się w strzelający w kominku ogień, zastanawiał się czy można być jeszcze głupszym i bardziej naiwnym niż on sam. Dał się zmanipulować szaleńcowi. Po pięciu minutach z zamyślenia wyrwał go ruch postaci z plikiem kopert w ręce.
- Oto one – powiedział pewnym głosem gospodarz domu i zajął miejsce, w którym wcześniej siedział.
Alex otworzył pierwszy list i przeczytał:




11 kwietnia 2005r.
Szanowny Panie Lorrain,

Czytałem Pana dzieło i uderzyło mnie jak dobitnie opisuje Pan to, co od dawna tli się w mojej głowie.
We wszystkim się zgadzamy.
Wyrazy uznania dla Pańskiej przenikliwości i intelektu.
Przykre jest to, że ludzi takich jak my, z otwartymi umysłami jest tak niewielu. Powinniśmy być potężną większością wśród tych jakże prostych mas. To ludzie wierzący w istnienie stwórcy wybawiciela powinni z zażenowaniem ukrywać się przed nami, a nie my przed nimi.
Napawa mnie odrazą, myśl, że jest ich tak wielu. Wydaje im się, że są najmądrzejsi, a prawdę przecież znamy. Ich umysły są niepoprawnie ukształtowane. Jedynym sposobem, aby świat stał się lepszym miejscem jest zmiana ich sposobu myślenia.
Żal mi jedynie, że poprzestał Pan na pisaniu.
Domyślam się, że wprowadzenie w życie tych wszystkich idei będzie trudne i ciężko będzie znaleźć na to sposób, jednak podejmuję się tego.

Z wyrazami szacunku,
K.             


Alex bez słowa wyjął z koperty drugi list i z zaciekawieniem zagłębił się w lekturze:




20 lipca 2005r.
Drogi Xavierze,

Długo się nie odzywałem, za co przepraszam. Nie miałem zbyt wiele czasu, każdą wolną chwilę poświęcałem na szukanie sposobu ulepszenia ludzkiego umysłu. Przychodziły mi do głowy rożne pomysły. Wiele z nich było z góry skazanych na niepowodzenie, jednak znalazło się sporo i takich, które rokują szansę na sukces. Moje eksperymenty przeprowadzę na kobietach, gdyż jak zaobserwowałem, są one bardziej skore do zmian.
Pora zaczynać.
Jak przypuszczam nie będzie Pan zainteresowany udziałem w projekcie ze względu na Pana miękkie serce, dlatego też nie zostanie Pan zaproszony. Ubolewam nad tym, jednak tak będzie lepiej.
 Oboje wiemy, że pojawią się ofiary. Jednak jest to nieuniknione. Rozmyślałem wiele nad tym,  jak sprawić, aby dotrzeć do celu nie wyrządzając nikomu krzywdy i z przykrością stwierdzam, że się nie da. Trzeba wypróbować wiele sposobów, aż cel zostanie osiągnięty, a to rodzi cierpienie.
Niebawem zaczynam. Proszę mi kibicować.

Pozdrawiam,
K.             

P.S. Gdybym w bliżej nieokreślonych okolicznościach stracił życie, pozna Pan obiekty moich starań po wytatuowanym kruku na lewym ramieniu.

Xavier czekał cierpliwie, aż sierżant rozpakuje pozostałych trzynaście kopert i zapozna się z ich treścią. Wszystkie podpisane były przez tajemniczego K.
- W jedenastu z tych krótkich listów K napisał, że nie odniósł sukcesu, domyślam się, że jedenaście kobiet, które uznano za samobójczynie tak naprawdę nimi nie było. Zostały zmyślnie do tego nakłonione. Dobrze rozumiem? – policjant wbrew temu, co myślał wcześniej, zaczynał rozumieć, że tam na tarasie widokowym on i komisarz nie dostrzegli całości. Widzieli tylko fragment koszmaru.
- Nie wiem czy sformułowanie nakłonione  jest trafne. Jeżeli K jest tym za kogo się podaje i myśli tak jak przypuszczam, to powiedziałbym raczej, że one dostrzegły prawdę, lecz nie potrafiły z nią żyć.
- Zostawmy nazewnictwo. Ten człowiek wspomina o pana dziele. Mogę wiedzieć czym jest owo wspomniane dzieło? – Alex Darski uruchomił swój czujny, węszący nos.
- To, że zajmuję się winnicą, to jedno. Odziedziczyłem ją i chciałem kontynuować rodzinną tradycję, ale nie jestem biznesmanem. Powiedzmy, że w kręgu moich zainteresowań znajduje się filozofia i psychologia. Dużo czytam i dużo rozmyślam. Staram się pisać i kiedyś udało mi się wydać własną książkę. Jest to spojrzenie na świat oczami realisty. Nie przypuszczałem, że ktoś po jej przeczytaniu narobi tyle szkód. – Xavier zawstydził się, lecz nie dał tego po sobie poznać.
- Dobrze. Proszę opowiedzieć mi w skrócie o czym jest ta pana książka.
- Nie sądzę, żeby dało się tak w kilku słowach… ale dobrze. Tak więc najważniejszy jej postulat, mówi że o wiele bardziej prawdopodobnym jest, iż życie na tej planecie powstało samoistnie, a nie za sprawą istoty wyższej. Ludzie żyją w świecie zdominowanym przez najróżniejsze religie i myślą, że właśnie ta, którą wyznają jest prawdziwa. Jednak to, że katolik jest katolikiem, spowodowane jest głównie tym w jakiej rodzinie się urodził. Taki człowiek, teraz neguje dajmy na to wyznawców Allaha, ale gdyby jego rodzice byli islamistami, krytykowałby katolików. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku i powinniśmy wreszcie odrzucić archaiczny sposób myślenia. Religia była potrzebna na początku ewolucji homo sapiens. Wtedy tłumaczyliśmy sobie za jej pomocą świat i jego cuda, ale teraz, kiedy nauka robi to znacznie lepiej, pora pozbyć się zabobonów. Kiedyś nasze umysły nie poradziłyby sobie z brakiem stwórcy, ale moim zdaniem teraz są na to gotowe, a powstrzymuje je tylko wychowanie. Musimy się przełamać, przestać nauczać nasze dzieci o nadprzyrodzonym fantastycznym stwórcy…
- To ciekawe. Jednak chyba będę musiał prosić pana o udostępnienie mi egzemplarza tej książki. Niełatwo będzie dojść do tego, co K sobie poczyna bez zagłębienia się w nią.
- Pozwolę sobie zwrócić pana uwagę na fakt, że przerwał mi pan opowiadanie o jednej z wielu idei, które tam przedstawiłem.
- To będzie zapewne ciekawa lektura – sierżant uśmiechnął się krzywo. – Wracam do Warszawy powiadomić przełożonego o nowych faktach, które pojawiły się w sprawie.
- Dołączę do pana niebawem. Muszę tu jeszcze coś załatwić - gospodarz wstał. – Proszę chwilę poczekać, przyniosę panu tę książkę – opuścił salon.
Alex po raz kolejny został sam i znów wpatrywał się w kominek. Teraz płomienie już dogasały, a po jego głowie goniły zupełnie inne myśli. Zdziwienie mieszało się z zaciekawieniem. Może przeczucia go nie myliły. Może to on miał rację, a Komisarz się mylił.
Xavier wrócił i przekazał mu obszerny kawał papieru. Następnie oboje udali się do wyjścia.
Na zewnątrz czekał Pierre.
Pożegnali się z właścicielem posiadłości i wsiedli do eleganckiego samochodu.
Ruszyli w drogę, a mężczyzna na schodach stał w bezruchu, aż zniknęli z jego pola widzenia.






Brak komentarzy :

Prześlij komentarz