Rozdział 7




Kraków, 16 marca 2006r.
godz. 19.32


Kobieta siedziała w salonie swojego małego mieszkanka i patrzyła na krzątającego się po kuchni mężczyznę. Znała go od niedawna, ale wydawało się, jakby byli ze sobą co najmniej od podstawówki.
- Kochanie już trzeci dzień próbuję dodzwonić się do Betsy i nic. Może coś jej się stało. Pojedziemy? – Zapytała, mimo iż znała odpowiedź. Nie znalazła sobie macho, tylko ugodowego, sympatycznego faceta, dokładnie takiego jak chciała.
- Jasne. Skończę zmywać i możemy jechać –  mężczyźnie było obojętne, gdzie spędzi najbliższą godzinę, byleby nie musiał z nią siedzieć i słuchać jej historyjek o tym, że kiedy była małą dziewczynką to uwielbiała leżeć na łące i wąchać kwiaty. Pomyślał, że odbębni z nią tę przejażdżkę, a kiedy wrócą, ona z wdzięczności zrobi mu loda.
Znaleźli się na miejscu pół godziny później.
Kobieta szybkim krokiem weszła po schodach kamienicy i zapukała do drzwi przyjaciółki. Mężczyzna, ociągając się, szedł w ślad za nią.
Drzwi otworzyły się.
Oczom kobiety ukazała się jakaś postać. Nie miała pojęcia kim jest. Przyjrzała się dokładniej i ze zdziwienia otworzyła szeroko usta. To była ona, ale wyglądała zupełnie inaczej.
- Spierdalaj! – ze wściekłością w głosie wyrzuciła Betsy. Była o wiele chudsza niż wcześniej. Miała zapadnięte oczy i niemyte od kilku tygodni włosy. Śmierdziała.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
- Betsy, co jest? Co się dzieje? Dlaczego nie odbierasz telefonów? – kobieta wypowiadała słowa, jakby strzelała z karabinu maszynowego, ale już do zamkniętych drzwi.
Stała w bezruchu i nadal nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Jak to możliwe, żeby człowiek mógł doprowadzić się do takiego stanu?
Teraz dołączył do niej mężczyzna.
- Co u niej? – zapytał, choć w ogóle go to nie interesowało. Myślał tylko o ustach zbliżających się do jego penisa.
- Była wulgarna. Znamy się od dziecka, razem uczyłyśmy się grać na pianinie, a ona kazała mi… kazała mi iść sobie… z tym, że powiedziała to wulgarnie – kobieta nie używała słów, których używać nie wypadało. Uchodziła za ułożoną panienkę z dobrego domu. Lecz nie taką, która patrzy na innych z góry, tylko taką, która kiedy będzie miała dziewięćdziesiąt lat to pewnie nadal będzie sypiała ze swoimi misiami.
- Czyli kazała ci spierdalać? – mężczyzna był gburem. Nie rozumiał delikatnego usposobienia kobiety.
- Oj wiesz, że nie lubię, kiedy używasz przy mnie takiego słownictwa.
- Dobrze, dobrze.
- Nie wiem, co się z nią stało. Nigdy się tak do mnie nie odnosiła. Zawsze dbała o to, jak wygląda, a teraz jest wrakiem człowieka. Dzieje się z nią coś złego. Zmieniła się. Nie jest tą samą osobą, którą była kiedyś – kobieta wróciła do sedna sprawy.
- Może zaczęła ćpać.
- Przestań, ona taka nie jest.
- Kochanie, może wrócimy do domu i… - mężczyzna nie dokończył zdania tylko uśmiechnął się zawadiacko.
- Nie mam na to dzisiaj ochoty. Martwię się o przyjaciółkę. Postaraj się to zrozumieć.
Loda nie będzie. Mężczyzna spochmurniał. A może zrobi jej masaż, a ona uzna, że jest taki opiekuńczy i kochany i jednak nabierze ochoty. Tak, to był dobry pomysł. Masaż.
Opuścili kamienicę i wrócili do domu.

Nieproszeni goście wytrącili Betsy z transu. Wcześniej chodziła po mieszkaniu od ściany do ściany. W tę i z powrotem. Ręce miała skrzyżowane na piersi. Jej oczy biegały szybko z lewej do prawej… z lewej do prawej… Krok stawał się coraz szybszy.
Mieszkanie nie było sprzątane od miesięcy, a higiena pozostawiała wiele do życzenia, ale jej to nie zajmowało. Myśli Betsy kłębiły się wokół czegoś zupełnie innego. Nie potrafiła ich poukładać. Była całkowicie rozbita. Zwariowała. Kiedyś konkretna, wiedząca czego chce, a teraz zagubiona. Czuła się, jakby była pod wpływem amfetaminy. Miała w sobie tyle energii… i wiedziała, że może spożytkować ją tylko w jeden sposób.
Pukanie.
- Kurrrrwa, kto, po co, do mnie, tutaj, nie chcę, spierdalaj! – ostatnie słowo padło już nie w powietrze, a do osoby stojącej na wprost niej. Zatrzasnęła drzwi, nie zastanawiając się ani przez chwilę nad tym, co się właśnie wydarzyło.
Wróciła do maratonu po mieszkaniu.
Pokój był nieduży, ale maszerując od kilku godzin przebyła już spory kawałek drogi.
Za oknem unosił się księżyc w kształcie litery C, ale nie zwracała na niego uwagi.
Jej mózg zdawał się być u kresu wytrzymałości. Nie mogła skupić się nawet na chwilę na jednej myśli. Biegła od jednej ściany do drugiej. Opuściła dłonie wzdłuż ciała i zaczęła nimi energicznie wymachiwać.
Nagle miała już dosyć tego wszystkiego i pobiegła do łazienki. Zdarła z siebie spodnie i majtki, a następnie czarną koszulkę. Czuła się odrobinę swobodniej. Wskoczyła do wanny i zaczęła wierzgać nogami. To nic nie dało. Nie poczuła się lepiej. Całe jej ciało wpadło więc w epileptyczny taniec. Uderzała łokciami i głową o akryl, lecz nie czuła bólu. A bardzo chciała go poczuć.
Paralitycznymi ruchami odkręciła kurek od zimnej wody. Zaczęła się zanurzać.
Przez ostatnie dwa tygodnie nie była świadoma tego, co robi i co się z nią dzieje na dłużej niż pięć minut. Teraz woda sięgała jej do szyi, a ona energicznie się poruszając wylewała ją na podłogę.
Przebłysk świadomości nastąpił pół godziny później, gdy lodowata woda wreszcie pobudziła jej receptory czucia do tego stopnia, że dotarło to do jej mózgu.
Miała tylko chwilę, zanim znów wróci w objęcia szaleństwa i nie będzie mogła zrobić tego po swojemu.
Pospiesznie odnalazła żyletkę, której używała do golenia nóg. Wzięła zamach i z impetem uderzyła trzymanym w prawej dłoni kawałkiem metalu w żyły znajdujące się na lewym przedramieniu. Rana była głęboka. Żyletka otarła się o kość. Krew rozbryzgnęła się na ścianie. Powtórzyła czynność jeszcze dwukrotnie.
Ból stał się nie do zniesienia, a woda w wannie całkiem czerwona. Poczuła się słabo. Wiedziała, że zaraz zemdleje, jednak nie tego chciała. Nie chciała się już budzić, wiedząc że nie pozbędzie się gonitwy myśli ze swojej głowy. Spoliczkowała się kilkukrotnie i wróciła do siebie. Rany, które sobie zrobiła, nie dawały efektu. Po upływie pewnej ilości krwi zamykały się. Musiałaby zrobić ich o wiele więcej, aby pozbyć się ze swego ciała odpowiedniej jej ilości. Takiej, która musiała wypłynąć, aby ona mogła umrzeć. Wcześniej jednak by zemdlała, a na to nie mogła sobie pozwolić. Uderzyła się jeszcze raz w twarz i przyłożyła żyletkę do ramienia. Docisnęła mocno i przeciągnęła przez całą długość ręki. Skóra rozdzieliła się wypluwając z siebie ogromną ilość czerwonego, życiodajnego płynu. Ból był tak ogromny, że krzyknęła przeraźliwie.
Teraz miała już tylko kilka sekund, aż to się stanie. Ułożyła się wygodnie i poczuła pustkę w głowie. Nie było tam innych myśli. Tylko ona, wanna, lodowata woda i krew.
Uniosła prawą dłoń i zaczęła w powietrzu naśladować ruchy gry na pianinie. Przypomniała sobie swoją najlepszą i jedyną przyjaciółkę, która odwiedziła ją niedawno. Potraktowała ją gorzej niż można potraktować najgorszego wroga. Całkiem poniżej krytyki. Nie była sobą… nie panowała nad sobą, ale ona nie mogła tego wiedzieć. Zrobiło jej się żal. Gdyby miała przed sobą więcej życia, nigdy by sobie tego nie darowała. Jednak w tej sytuacji to nie miało już znaczenia.
Chwila, w której była znów sobą, delikatną, empatyczną dziewczyną, minęła bardzo szybko. Nagle przestała czuć ból. Jej prawa dłoń już nie grała. Nie mogła się poruszyć.
Zamknęła oczy i zasnęła.
Jej głowa zsunęła się szybko do wody, a czarne włosy poruszały się jeszcze jakiś czas unoszone malutkimi falami, zakrywając w całości jej lewe ramie i znajdującego się na nim czarnego kruka niosącego cyfrę 1.
                                             




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz