Rozdział 11


Poprzedni rozdział


Gdzieś w Polsce, 17 marca 2006r.
godz. 17.50


Placówka liczyła wiele pomieszczeń. Połowa z nich przeznaczona i urządzona została na część mieszkalną. Reszta stanowiła swojego rodzaju laboratorium. Całość skrywała wiele sekretów.
Charakterystycznym dla tego lokum był całkowity brak okien. Nie były zastawione nieprzepuszczającą światła tkaniną… nie były zabite deskami. Po prostu nigdy ich nie było.
W pokoju, który był swoistą enklawą myśli, na wygodnym fotelu usytuowanym w centrum pomieszczenia, siedział mężczyzna. Na wprost niego stał niewielkich rozmiarów stolik, a na nim gramofon powstały w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Podłogę pokrywał miękki dywan.
Do uszu mężczyzny docierały dźwięki Requiem Mozarta. Wielki Amadeusz zmarł w trakcie tworzenia tego właśnie utworu. Dzieło, na prośbę żony, dokończone zostało przez jego przyjaciół.
Co za ironia. Pomyślał mężczyzna. Dla niego ten utwór oznaczał śmierć, dla mnie oznacza nowe życie.
W kolekcji płyt gramofonowych odnalazł to dzieło jakiś rok temu, właśnie wtedy, gdy jego życie się odmieniło, gdy odnalazł cel swojej egzystencji.
Zamknął oczy i zapadł w sen.
Mieszkał tutaj sam od kilku miesięcy i miał do tej pory tylko jednego gościa. Kobietę, która nie wykazywała chęci przybycia tutaj, a nawet się opierała, ale on był silnym mężczyzną i dał sobie z nią radę. Na początku strasznie krzyczała, ale nikt jej nie usłyszał. Nikt nie mógł jej usłyszeć, ponieważ w promieniu kilkunastu kilometrów nikt nie mieszkał, a nawet gdyby ktoś zabłądził w tych okolicach, to z jego mieszkania dźwięki się nie wydostawały. Czuł się tutaj całkowicie swobodnie.
Igła dotarła do brzegu płyty i nastała cisza.
Mężczyzna obudził się. Codziennie urządzał sobie dwudziestominutowe drzemki odświeżające umysł. To był jego rytuał.
Podniósł się z fotela i przeszedł do innego pomieszczenia, gdzie ubrał się na czarno. Do prawej kieszeni kurtki włożył małą buteleczkę z płynem, a do lewej kawałek gazy opatrunkowej.
Przeszedł przez kolejne drzwi i znalazł się w garażu, który usytuowany był na poziomie mieszkania. Wsiadł do terenowego samochodu i ruszył.

Mężczyzna siedział w Jeepie Cherokee z dziewięćdziesiątego ósmego. Wszystkie szyby zostały starannie przyciemnione.
Godzinę zajęło mu dotarcie do cywilizacji, aby ukradkiem obserwować przechodzących po chodniku obok ludzi. Za stara. Dziecko. Para. Mężczyzna. Za stara. I nagle dostrzegł zbliżającą się postać młodej kobiety, kroczącej z książką pod pachą. To było to, na co czekał. W bocznej uliczce nie było wielu świadków, a o tej porze roku słońce chowało się dosyć wcześnie i teraz było już całkiem ciemno. Moment był idealny.
Opróżnił kieszenie i wylał na gazę trochę płynu z buteleczki. Wysiadł i podbiegł do kobiety.
- Bardzo przepraszam, że zajmuję pani czas, ale szukam znajomego, który mieszka przy tej ulicy. Numer budynku 23.
- Przepraszam, nie jestem stąd – kobieta nawet się nie zatrzymała. Było już późno, a ona miała złe doświadczenia z nieznajomymi. Przyspieszyła kroku.
Była zwrócona do niego plecami. Podbiegnie, zatka jej usta i nos gazą i wszystko potoczy się po jego myśli. Podążył za nią i gdy jego ręka ruszyła w stronę jej twarzy, ona nagle odwróciła się i spryskała mu oczy gazem pieprzowym.
Nic nie widział. Oczy piekły niemiłosiernie. Nie był na to przygotowany. Słyszał tylko uderzające o beton, oddalające się coraz szybciej obcasy.
Przysiadł na krawężniku i płakał z bólu. Na dzisiaj da sobie spokój. Wróci do miasta jutro.
Nagle usłyszał głos.
- Czy coś się stało? Mogę jakoś pomóc? – za nim stała młoda kobieta. Nie ta co wcześniej, ale również pasująca do schematu.
Rozejrzał się szybko dookoła i stwierdził, że w pobliżu nikogo nie ma. Pomylił się w ocenie sytuacji, nie dostrzegł zerkających na niego z ciemności oczu, ale o tym miał się przekonać dopiero kilka lat później.
Nie tracąc czasu doskoczył do kobiety. Schwycił ją mocno. Nie mogła oddychać tak, aby do jej nozdrzy nie dotarł chloroform. Po krótkiej chwili zrezygnowała ze stawiania oporu. Jej mięśnie zwiotczały, a ona straciła przytomność.
Wciągnął jej ciało do bagażnika terenówki, jeszcze raz się rozejrzał i wrócił tam, skąd przyjechał.

Pomieszczenie wyglądało jak szpitalna sala. Białe ściany, na suficie lampa jarzeniowa, pod nią stół operacyjny z przytwierdzoną do niego śpiącą kobietą.
Mężczyzna zbliżył się do niej i delikatnie dotknął jej twarzy. Brak odzewu. Powtórzył czynność z większym naciskiem. Kobieta zaczęła wracać do siebie. Powoli otworzyła oczy. Nie wiedziała, gdzie się znajduje i chciała uciekać, lecz pasy przytrzymujące jej ręce i nogi były starannie zapięte. Nie krzyczała. To nie miało sensu. Gdy ktoś cię porywa i nie knebluje ust to znak, że możesz krzyczeć ile tylko zechcesz, a nic ci to nie da. Nie chciała tracić sił na bezsensowne zachowania. Musiała się skupić.
- Witam. Przykro mi, że musiałaś doświadczyć tylu nieprzyjemności z mojej strony – odezwał się mężczyzna spokojnym tonem z troską w głosie. - Mam nadzieję, że nie będziesz się długo dąsać. Niebawem zrozumiesz, że jesteś tu dla dobra własnego i po części dla dobra całego społeczeństwa. Na razie jednak musisz być cierpliwa.
- Kim jesteś? – starała się ukryć strach, który odczuwała.
- To nieistotne. Ważniejsze jest kim ty jesteś – zostawił ją i wyszedł.
Kobieta rozpłakała się, ale jego już nie było i nie dostrzegł jej słabości.

Przez kolejne pięć dni mężczyzna zjawiał się regularnie. Trzy razy dziennie przynosił jej jedzenie i trzy razy dziennie przychodził, jak to określał, na sesje, na których rozmawiali o niej, a on skrzętnie coś notował. Starał się jak najbardziej do niej zbliżyć. Poznać jej myśli. Zrozumieć jej światopogląd.
Przez cały ten czas ani raz nie uwolnił jej i nie pozwolił wstać. Kiedy chciała coś z siebie wydalić, mówiła mu o tym, a on podciągał jej białą sukienkę, w którą przebrał ją, gdy jeszcze była nieprzytomna i opuszczał klapkę w łóżku, które było dobrze przystosowane na taką okoliczność, posiadając specjalny odpływ. Łóżko stało na kiblu. Z majtkami nie musiał się trudzić, bo uznał, iż są zbędne i leżała bez nich. Kiedy skończyła, obmywał ją dokładnie, zamykał klapkę i spuszczał wodę.
Czuła się poniżona, koniecznością wypróżniania się na jego oczach. Na początku krzyczała na niego i domagała się zwyczajnego WC. Kiedy zrozumiała, że to nic nie da, płakała, gdy robiła to w jego obecności. Teraz była już przyzwyczajona - o ile można się do tego przyzwyczaić.
W te kilka dni dowiedziała się o nim tylko tyle, że jest nieugięty, skrupulatny i umysłowo chory. Natomiast on zdołał poznać ją znacznie lepiej. Nie miała wyboru, była zdana na jego łaskę, musiała z nim rozmawiać.
Przetrzymywał ją jakiś mężczyzna, a ona nawet nie wiedziała, czego od niej chce. Codzienna rutyna, którą starał się wprowadzić w jej życie, zakłócona została tylko raz. Trzeciego dnia przyszedł do niej późnym popołudniem i na ramieniu wytatuował jej czarnego kruka i cyfrę 2.

Szósty dzień zaczął się jak poprzednie. Poranna toaleta, śniadanie podane z uśmiechem na twarzy, później rozmowa.
- Myślę, że poznałem cię wystarczająco dobrze. Z przykrością stwierdzam, że nie jesteś zdolna do logicznego myślenia. Twój umysł jest skażony społecznym bełkotem. Jesteś niepotrzebnym elementem. Takich jak ty powinno się tępić, ale ja postaram ci się pomóc. Nie wiem czy mi się uda, ale przynajmniej spróbuję. Mam nadzieję, że to docenisz.
- O czym ty mówisz? Co chcesz mi zrobić? – przeczuwała najgorsze. Traktował ją może bez szacunku jaki przysługuje ludziom, ale jak na porywacza powiedziałaby, że raczej dobrze. Jednak wiedziała, że kiedyś to musiało się zmienić.
Bez słowa opuścił pomieszczenie, by zjawić się chwilę później, pchając przed sobą stolik na kółkach.
Zbliżył się do łóżka. Nacisnął i przytrzymywał zielony przycisk znajdujący się zaraz obok jej miednicy. Usłyszała buczenie i górna część łóżka zaczęła się unosić. Teraz siedziała na czymś, co przeistoczyło się w fotel.
Z tej perspektywy łatwo było jej dostrzec, co leży na stoliku. Mały, metalowy młotek, szpikulec i coś w rodzaju klatki z drutu. Podniósł to ostatnie i zaczął majstrować przy jej głowie.
Po chwili przerażona kobieta siedziała z unieruchomioną całkowicie głową. Nie mogła poruszyć nią nawet o milimetr. Klatka trzymała solidnie, wrzynając jej się w czoło. Czuła lekki ból.
- Błagam. Co… co chcesz mi… nie rób mi… nic nie rób – wyjąkała i łzy popłynęły z jej zaczerwienionych oczu.
- To potrwa tylko chwilę. Nie musisz się obawiać.
- Zabić? Chcesz mnie zabić?
- Moja droga, ty nie żyjesz już od bardzo dawna. Ja spróbuję cię wskrzesić – uśmiechnął się.
- Wypuść mnie. Nikomu nie powiem – wcześniej nie rzuciłaby takim banałem. Teraz natomiast tylko to przyszło jej do głowy. – Nikomu nie powiem. Błagam.
Mężczyzna podniósł młoteczek i szpikulec. Wiedziała, że to już koniec, że nie ma już nadziei.
Już się nie uśmiechał. Był nad czymś bardzo skupiony.
Przyłożył szpikulec do jej oka. Najpierw delikatnie, później coraz mocniej, aż ostry koniec znajdował się pod powieką. Poruszał nim, aż znalazł odpowiednie miejsce.
Kobieta nic już nie mówiła. Bała się, że wypowiadając słowa poruszy głową i straci oko. Czekała na to, co nieuniknione.
Nagle poczuła to. Ból. Fala bólu zalewająca całe jej  ciało w chwili, gdy mały młoteczek uderzył delikatnie w drugi koniec szpikulca.
Jej myśli nie przepełniały już emocje. Jej własne ja przestało mieć rację bytu.
Zemdlała.

Kiedy się ocknęła, nie była już sobą. Nie wiedziała kim była wczoraj i kim będzie jutro. Była dla siebie obcą osobą.
Mężczyzna stał obok niej i z serdecznym uśmiechem patrzył na nią.
Nie czuła gniewu. Nie czuła się źle ani dobrze. Nie czuła nic prócz bólu głowy.
- Obudziłaś się, to dobrze – przemówił. – Jesteś uleczona. Dostałaś nowe życie. Nowe, lepsze życie.
Nie odpowiedziała.
- Jesteś świeżo po lobotomii, więc twój stan, że się tak wyrażę, nie jest jeszcze ustabilizowany. Mogę cię już uwolnić, ale nie wykonuj gwałtownych ruchów, bo coś może ci się stać.
Uwolnił jej głowę, nogi i ręce, ale kobieta się nie poruszyła. Siedziała tak jak do tej pory. Nie miała ochoty wstać. Nie miała ochoty się poruszyć. Na nic nie miała ochoty. Chciała tylko tak siedzieć. Jej życie stało się wyblakłe. Pozbawione nie tylko sensu, ale i logiki. Nie chciała umrzeć, ale nie chciała też żyć. Była zmęczona.
Po prostu opuściła powieki, a los zdecydował za nią.
Mężczyzna nie miał wątpliwości, ale na wszelki wypadek sprawdził jej puls.
Nic. Ani jednego uderzenia.
Zmarła.
Usiadł na podłodze pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. Nie tego chciał. Nie chciał jej zabić. Chciał ją odmienić.
Siedział tak dwie godziny. Wystarczy. Przebywanie dłużej z ciałem tej kobiety nie miało sensu.
Wyszedł.
Dotarł do biurka i z szuflady wyciągnął kartkę kremowego papieru. Odnalazł pióro i skreślił nim dwa słowa:
Brak sukcesu.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz