Rozdział 12


Poprzedni rozdział


Miasto na P, 7 lutego 2012r.
godz. 23.35


Miasto na P było zapyziałą dziurą na południu Polski. Każdy, kto postanowił tam zamieszkać, zatracał się w sobie. Stawał się kimś innym niż był do tej pory. Stawał się kimś gorszym pod każdym względem.
Miasto na P liczyło mniej niż dziesięć tysięcy mieszkańców.
Miasto na P kiedyś było prężnie rozwijającym się industrialnie obszarem. Dookoła lasy, w centrum cywilizacja, która rosła w siłę, aby po wielu błędach spaść do poziomu poniżej poziomu.
Starsi mieszkańcy pamiętali lata świetności tej dziury. Jednak za każdym razem, gdy przypominali sobie o wielkiej fabryce, która się tutaj znajdowała, i w której zatrudnieni byli prawie wszyscy, przypominali sobie również wielki upadek.
Wielka fabryka produkowała wielkie rzeczy i wysyłała je w świat. W odzewie otrzymywano listy z gratulacjami, jakoby wielkie rzeczy wyprodukowane przez wielką fabrykę były niezastąpione i solidne.
Przeciętny, starszy obywatel miasta na P nie miał pojęcia, dlaczego nagle wszystko się zmieniło, dlaczego zamówień było mniej, dlaczego zaczęto zwalniać ludzi, dlaczego wielka fabryka stawała się niewypłacalna.
Tysiące ludzi straciło grunt pod nogami, gdy zwolniono ich w trybie natychmiastowym.
Być może, to właśnie przez historię wielkiej fabryki ludzie stali się zapatrzonymi w siebie kretynami. Na pewno przez historię wielkiej fabryki ludzie stali się pijakami.
Pijaków było tu wielu. Pili w dzień, pili w nocy, pili gdy się budzili i pili gdy szli spać. Byli brudni i śmierdzący, ale im to nie przeszkadzało. Przyzwyczaili się do tego brudu i smrodu.
Nikt nie był sympatycznym, grzecznym, dobrym człowiekiem. Każdy zapatrzony był tylko w siebie i każdy chciał pokazać drugiemu człowiekowi, że jest kimś lepszym… że ma więcej pieniędzy, że jest mądrzejszy, że bardziej wierzy w boga, że potrafi wlać w siebie więcej wódy niż inni, zanim zarzyga innych.
Jednak wszyscy byli tacy sami. Marni hipokryci, nieznający definicji słowa: hipokryzja.
Można by pomyśleć, że to dobrze kiedy ludzie chcą być lepsi od innych… racja, to bardzo dobrze, dzięki temu pragnieniu, które drzemie gdzieś w każdym z nas mamy samochody, telewizory 3D i wiele innych fascynujących, fantastycznych wynalazków. Jednak prawidłowość ta działa tylko jeżeli jesteśmy logicznie myślącymi istotami i aby stać się lepszymi, zmieniamy siebie. Kształcimy się, otwieramy swoje umysły i prześcigamy innych.
Miasto na P kierowało się jednak własną pokrętną drogą. Tutaj ludzie chcieli mieć coś, nie dając nic w zamian. Chcieli być mądrzejsi od innych nie czytając, nie słuchając, nie widząc. Nie stawali się w ten sposób lepsi, ale ich pragnienie nie ustępowało. Słyszeli wewnętrzny głos: No ty nie jesteś lepszy? Ty? Nie jesteś lepszy od tych wszystkich osób, które codziennie mijasz i pałasz do nich tak wielką nienawiścią? Ty musisz być lepszy. Przecież wiesz o tym.
Nie mieli ochoty się zmieniać, bo to wiązało się z wyrzeczeniami, z wielkim nakładam pracy umysłowej. Jednak chcieli być lepsi. Jak więc to zrobić, aby stać się lepszym od innych i nie namęczyć się? Wystarczy w to uwierzyć. I tak też robili. Wierzyli w to, że są mądrzejsi od innych, tak jak w to, że słońce świeci.
Ten szlak prowadził ich donikąd, ale oni tego nie wiedzieli. Nie mogli wiedzieć, że im się nie udało. No bo skoro im miałoby się nie udać, to byliby równie głupi jak inni, a przecież wierzą, że nie są.
Myślenie życzeniowe prowadziło ich do wielu konfliktów z otoczeniem oraz do narastającej frustracji. Gdyby nie to, że byli tchórzami, doszłoby zapewne do rozlewu krwi. No ale byli tchórzami.
Każdego dnia, o każdej porze byli gotowi na kilka rzeczy: na kłótnie (nieistotne z kim i o co, byleby dowieść swojej racji), na bójkę (jeżeli w kłótni słownej nie da się dowieść swojej racji), na wypicie pól litra najtańszej wódki na łeb (kiedy w kłótni słownej lub w bójce dowiedli swojej racji – jeżeli jej nie dowiedli też chętnie coś wypili) i na narzekania… wieczne bezpodstawne narzekania. Za niska pensja, nieodpowiedni ludzie u steru władzy, bezczelność innych, którzy mają ich powyżej uszu i nawet im się nie kłaniają.
Przecież ktoś tak mądry, tak bardzo mentalnie rozwinięty powinien mieć pensję dziesięć razy większą, najlepiej taką żeby mógł sobie kupić willę z basenem – przecież wielkiemu człowiekowi nie przystoi mieszkać w kamienicy.
Przecież kimś takim jak oni nie może rozporządzać ktoś głupszy, dlaczego więc władza w tym kraju nie spełniała tego oczekiwania?
Przecież komuś takiemu jak oni każdy powinien kłaniać się bardzo nisko… mógłby wręcz walić głową o ziemię.
Każdy mieszkaniec miasta na P cechował się ciągle powiększającymi się pokładami głupoty.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że każdy mieszkaniec miasta na P uczył swoje dzieci powtarzania tychże schematów. Niedorzeczność biła po oczach. Rodzice kibicowali dzieciom nie na stadionie, gdy tamte były w trakcie towarzyskiego meczu… nie kibicowali im w nauce… kibicowali im w piciu alkoholu. Przecież skoro oni mają tak mocną głowę, tak wiele mogą wypić (i oczywiście bez uszczerbku na zdrowiu czy na psychice) to ich dziecko nie może być gorsze. Musi pokazać rówieśnikom jakie jest cudowne.
Prawie każda rodzina w mieście na P wykazywała oznaki jakiejś patologii.
Tutaj nie mówiono sobie: jak miło cię widzieć, tutaj mówiono: cześć, kiedy pijemy?
Zaszczytem nie była inteligencja. Zaszczytem była głupota, kreowana na inteligencję.
Mieszkańcy miasta na P prześcigali się w zawiści.
Jeżeli ktoś dorobił się czegoś ponad to co inni, oznaczało to z całkowitą pewnością, że jest złodziejem. No bo jak ktoś, kto nam nie dorównuje w żadnym aspekcie, może zarabiać więcej? Niedorzeczność. Więc musi kraść. My nie kradniemy, bo mamy wartości moralne, których jemu brakuje. Jesteśmy lepsi niż ten złodziej.
Może, gdyby na czele miasta na P stanął ktoś, kto rzeczywiście wyróżniłby się z tłumu… może wtedy coś by drgnęło, może to byłby impuls dla innych. Niestety na czele miasta na P stał człowiek, który charakteryzował się dokładnie takimi samymi cechami jak inni. Możliwe jednak, że jednym się wyróżniał. Możliwe, że miał większe niż inni przeświadczenie o swojej umysłowej wyższości.
Dlatego właśnie miasto na P od wielu lat pogrążało się coraz głębiej w nijakość.
Dla młodych ludzi, którzy doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają nawet najmniejszych perspektyw na lepsze jutro (chociaż jak ich wspaniali rodzice, wierzyli że są najlepsi pod każdym względem) jedyną rozrywką były codzienne, plenerowe libacje. Libacje kończące się ciągłym oddalaniem ich od możliwości wybicia się ponad przeciętność.
Miasto na P nie było odosobnionym przypadkiem. W Polsce funkcjonuje w ten sposób wiele małych społeczności.
Miasto na P nie było kwestią wiary w nie.
Miasto na P istniało.
Miasto na P istniało w obecnym stanie rzeczy od lat i będzie istniało w gorszym stanie przez następne dekady.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz