Rozdział 14


Poprzedni rozdział


Warszawa, 28 października 2013r.
godz. 10.17


Postanowiła nie dzwonić. Nie chciała się narzucać. Minęły dopiero dwa dni od ich spotkania, a ona tak bardzo nie mogła doczekać się następnego.
Miała chwilę zwątpienia. Pomyślała, że może jej nowi znajomi próbują zwerbować ją do swego rodzaju sekty, zaraz jednak zdystansowała się od tej myśli. Gdyby tak właśnie było, mogła zawsze podziękować i zerwać kontakt.
To, co powiedział jej K nie mogło być zachętą do uczestnictwa w kontrowersyjnych rytuałach. Po takim wstępie każdy zdrowy na umyśle człowiek uznałby, że to nie dla niego. Wiara w coś, ma przecież za zadanie ułatwienie życia, a nie jego komplikację.
To nie mogło być to. Uznała więc, że mężczyzna ma wobec niej czyste zamiary.
Była ciekawa, co jeszcze od niego usłyszy. Skoro to był tylko wstęp, to czego może się dowiedzieć przy następnym spotkaniu. Myśl ta wciągała ją jak dobra powieść.

Gotowała obiad dla siebie i dla swojej współlokatorki. Dziś wypadała jej kolej. Dziś ona przeistaczała się w kurę domową.
Nie potrafiła robić tego zbyt dobrze, więc w piekarniku zapiekało się nieświeże pieczywo z serem.
Nagle z pokoju obok dobiegł ją dźwięk No woman, no cry Boba Marleya. To dzwonił jej telefon.
Podbiegła i spojrzała na wyświetlacz. Numer nieznany. Wcisnęła klawisz i przytknęła aparat do ucha.
- Słucham.
- Witaj Tamaro. Miło mi znów cię usłyszeć – niski głos po drugiej stronie sprawił, że się uśmiechnęła.
- Dzień dobry, nie mogłam się doczekać.
- Cieszę się, że po tym wszystkim co ci powiedziałem chcesz słuchać mnie dalej.
- Jak mogłabym przestać, to jest tak ciekawe, że chciałabym dowiedzieć się reszty już teraz.
- Skoro tak, to proponuję, abyśmy spotkali się dziś na Polu Mokotowskim w samo południe. Czy to ci odpowiada?
- Jasne – odpowiedziała z narastającym podnieceniem.
Połączenie zostało przerwane.

Drzewa nie były już zielone, a słońce, mimo iż w zenicie, nie dawało zbyt wiele ciepła.
Kostka zastanawiała się czy wyłączyła piekarnik, czy może po telefonie, który otrzymała nie wykonała tej istotnej czynności.
Na horyzoncie dostrzegła ubranego w czarny płaszcz… tak to był K.
Podszedł i bez słowa dotknął ustami jej ust. Poczuła jak jego język stara się wedrzeć do środka. Była stuprocentową lesbijką i nawet gdyby na jego miejscu stał najprzystojniejszy hollywoodzki aktor, nie sprawiłoby jej to przyjemności. Tym bardziej, że K nie był najpiękniejszy i jak jej się wydawało mógłby być jej ojcem, a przy założeniu, że inicjacja seksualna w jej rodzinie następowałaby dosyć wcześnie – może i dziadkiem.
Była zdezorientowana. Nie wiedziała, jak się zachować. Wystarczyło jedno spotkanie z nim, aby stał się jej guru. Była ciekawa, co będzie dalej. Uchyliła usta.
Język K tańczył z jej językiem przez jakieś dwie minuty i wtedy poczuła jak jego prawa dłoń dotyka jej pośladka. Wzdrygnęła się, ale nie przerwała mu, aż do momentu, gdy mężczyzna stał się na tyle śmiały, by spróbować dostać się pod jej znoszone już jeansy.
Odskoczyła.
- Co do cholery? Myślałam, że chodzi ci o coś innego. Ostatnio nie powiedziałeś, że jedyne czego chcesz to mnie zerżnąć. Nawet nie jesteś w moim typie. Anna nie powiedziała ci, że jestem… - K przerwał jej wybuch złości.
- Domyślam się, że jesteś zdenerwowana. Pozwól mi jednak wyjaśnić.
- Śmiało – miała nadzieję, że przeprosi ją i jak na prawdziwego mężczyznę przystało przyzna, że chciał spróbować szczęścia.
- To była pierwsza lekcja. Chciałem ci pokazać, że to naturalne, kiedy człowiek pożąda innego człowieka i bierze sobie to, czego chce bez pytania. Ludzie to przecież zwierzęta i mają swoje instynkty. Dlaczego więc nie moglibyśmy zachowywać się jak dajmy na to psy. Kiedy pies widzi sukę i ma ochotę, po prostu wskakuje na nią i to robi. Dlaczego ludzie się tak nie zachowują? Bo ograniczają ich przyjęte normy zachowania. Chciałbym nauczyć cię dostrzegać niedorzeczności, które sami sobie narzucamy.
- Postulujesz więc za orgiami na ulicach? – otworzyła szeroko oczy wyczekując odpowiedzi.
- Dla mnie nie ma znaczenia czy ludzie mają zamiar spółkować w miejscu publicznym, czy w zaciszu własnego domu, jednak nie to jest sednem mojego wywodu.
Rozmawiali jeszcze długo, aż Kostka pojęła, że K nie chciał po prostu jej obmacywać tylko pokazać jej coś głębszego. Zgodziła się, że sposób, który wybrał był nie najgorszy.
Usiedli na ławce.
- Czy jesteś gotowa, aby poznać całą resztę? – jego wyraz twarzy pozostawał niezmiennie poważny.
- Niczego bardziej nie jestem pewna…
- Wybornie. Zatem chciałbym cię prosić, abyś oddała się w moje ręce na siedem miesięcy.
- Oddała się? – była nie do końca pewna o co mu chodzi.
- Chciałbym abyś opuściła wraz ze mną i Anną Warszawę i zerwała ze światem kontakt na jakiś czas.
Sekta. Pomyślała, że nie ma innej możliwości. Tyle razy widziała w telewizji materiał o tym jak lider jakiejś sekty odcina ludzi od znajomych i rodziny. Z drugiej strony nie wydawał się być oszołomem jak tamci.
- Czy jesteś… - nie pozwolił jej odpowiedzieć, wiedział o co zapyta.
- Nie. Nie dołączysz do sekty.
- Nie nazywacie tak tego? – próbowała wybadać teren.
- Nie nazywamy, bo byłoby to kłamstwem.
Kolejne pół godziny spędziła na dopytywaniu się o szczegóły wycieczki, a on na odpowiadaniu.
Wreszcie uległa. Co miała do stracenia? Straci pracę? I tak jej nie lubiła.

Wróciła do domu, aby spakować rzeczy.
- Oszalałaś? Chciałaś puścić mieszkanie z dymem? –współlokatorka krzyczała w jej kierunku.
- Przepraszam. Musiałam nagle wyjść i całkowicie zapomniałam o tym, że piekarnik jest włączony.
Współlokatorka dąsała się jeszcze jakiś czas, aż wreszcie odwiedziła Kostkę w jej pokoju.
- Pakujesz się? Gdzie się wybierasz?
- To długa historia. Poznałam kogoś i nie będzie mnie przez kilka miesięcy.
- Poznałaś kogoś? Jest ładna?
- To mężczyzna, a nasze relacje nie są takie jak myślisz.
- Mam nadzieję, że nie wpakujesz się w jakieś gówno – na twarzy współlokatorki wymalowała się troska.
- Może i znam go niedługo, ale jest w porządku. Po za tym wiesz, że jestem spontaniczna.
- Czasami myślę, że ta cała spontaniczność to nic więcej jak głupota.
Kostka spakowała prawie wszystko co miała w cztery torby podróżne. Dwie jej własne i dwie pożyczone od współlokatorki, której zostawiła wszystkie swoje oszczędności aby tamta dokładając swoją część, mogła przez okres jej nieobecności regulować czynsz.
Współlokatorka pomogła jej znieść rzeczy.
Czekały, aż zjawi się zapowiedziany mężczyzna.
Minęło piętnaście minut. Spóźniał się. Nie spodziewałaby się tego po nim, ale przecież dopiero go poznała. Miała nadzieję, że nie myli się co do niego w innych kwestiach.
Odprawiła współlokatorkę. Nie chciała, aby marzła wraz z nią.
Dopiero kiedy tamta zniknęła, terenowy samochód z przyciemnionymi szybami podjechał i zatrzymał się obok niej… Jakby wyczekiwał tej chwili.
- Nie spieszyłeś się – rzuciła w stronę wysiadającego mężczyzny, który nie odpowiedział tylko zaczął pakować jej bagaż.

Za kierownicą siedział On, na miejscu pasażera Anna, która znów niewiele mówiła. Kostka usadowiła się na kanapie z tyłu. Dzień dobiegał końca. Poruszali się nie łamiąc przepisów ruchu drogowego na północ.
Kiedy opuścili Warszawę, K spojrzał w lusterko wsteczne i zwrócił się do Kostki.
- Mam nadzieję, że będziesz wyrozumiała i postarasz się mnie zrozumieć – chwila niepewności. – Miejsce, do którego się wybieramy to mój dom, moje miejsce pracy… całe moje życie. Staram się więc strzec go na wszelkie sposoby. Nie chciałbym, aby ktoś dowiedział się gdzie się znajduje.
- Będę milczała jak grób – Kostka uśmiechnęła się nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Doceniam to, jednak życie nauczyło mnie, że nie we wszystko należy wierzyć. Nie zrozum mnie źle, ale muszę być czujny. Może okazać się, że coś ci się nie spodoba i postanowisz zrezygnować z dalszego oglądania mojej twarzy, dlatego prosiłbym, abyś otworzyła kosmetyczkę, która znajduje się obok ciebie i wyjęła jej zawartość.
Dopiero teraz Kostka dostrzegła, że na kanapie leży coś, co kolorem zlewa się z obiciem siedzenia.
W środku znajdowała się mała buteleczka i kawałek gazy.
Nie rozumiała, co ma z tym zrobić.
- To chloroform. Sprawi, że zaśniesz na czas podróży i obudzisz się wypoczęta już na miejscu.
- Chyba żartujesz. Chcesz mnie uśpić? Może jeszcze wezmę nóż i wytnę sobie narządy, które ty sprzedasz? – telewizyjne programy informacyjne w tym kraju bombardowały człowieka właśnie takimi wizjami. Oczywiście nie bezpodstawnie.
- Nie musisz się o nic martwić. Powinnyśmy po prostu uszanować wolę K – Anna odezwała się niespodziewanie, pokazując tym samym, że jej język nadal jest na swoim miejscu. Odzyskała mowę. – Mnie na początku też się to nie podobało, ale się przyzwyczaiłam – uniosła do góry lewą dłoń, w której trzymała zestaw jak ten przeznaczony dla Kostki.
- Ty też się odurzysz? – zapytała kobieta siedząca na tyle samochodu.
Anna nie odpowiedziała tylko nasączyła gazę.
Spojrzała wymownie w oczy Kostki i przykładając sobie do twarzy przygotowany biały bandażyk, powoli zamknęła oczy.
Jej ciało wydawało się teraz bezwładnie wisieć na pasie bezpieczeństwa przytrzymującym ją w pozycji siedzącej.
- Nie ma się czego bać – K starał się zachęcić Kostkę do powtórzenia tego, co przed chwilą zrobiła druga kobieta.
Nie była w tym sama. Anna też śpi. Jednak ona zna K lepiej niż ja. Jeszcze przez chwilę walczyła z myślami wpatrując się w to, co trzymała w rękach.
- Niech będzie. Zrobię tak jak sobie życzysz. Nie będzie ci smutno nie móc się do nikogo odezwać? My będziemy spać, a ty musisz prowadzić – starała się rozluźnić atmosferę, która stała się nieprzyjemna.
- To miło, że się o mnie martwisz, jednak zapewniam, że niepotrzebnie…
Ostanie słowa K stawały się dla niej niezrozumiałe. Zapewne za sprawą tego, co wypełniło jej nozdrza.
Opadła na siedzenie z opuszczonymi powiekami.

- Śpi – K wypowiedział to słowo jak magiczne zaklęcie.
- Wreszcie – odpowiedź padła z fotela obok… fotela, na którym znajdowała się Anna, która teraz nie miała już zamkniętych oczu. Była rześka jakby dopiero co wyszła spod prysznica.
- Przez chwilę zastanawiałem się czy nie pomyliłem buteleczek i czy tobie nie dałem tamtej usypiającej, a jej tej z czystą wodą. Świetnie to zagrałaś. Chapeau bas.

Kierowca samochodu skręcił gwałtownie i zaczął poruszać się w kierunku zupełnie innym, niż ten obrany na początku podróży.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz