Rozdział 18


Poprzedni rozdział


Gdzieś w Polsce, 31 grudnia 2007r.
godz. 20.14


Niecałe cztery godziny dzieliły ich od przejścia w Nowy Rok. Byłaby to dla nich radosna chwila, gdyby nie fakt, że im się nie udało.
Nowy Rok niesie ze sobą nowe nadzieje. Jest możliwością ponownego startu… lepszego startu. Dzięki tej chwili możemy zapomnieć o wszystkich dotychczasowych niepowodzeniach i zacząć od nowa. Cieszymy się wyczekując jej nadejścia i obiecujemy sobie, że nie popełnimy więcej tych samych błędów.
Filozofia K podpowiadała mu, aby wykorzystał ostatnie godziny starego roku na dokończenie tego, co zaczął. Wiedział, że w tak krótkim czasie nie ma najmniejszych szans na naprawienie tego, co starał się naprawić przez ostatnie siedem miesięcy. Jednak nie byłby sobą, gdyby nie spróbował.

Wszedł do pokoju. Anna, którą zaczął traktować jak córkę rozmawiała z jedną z trzech kobiet, które gościli. Przerwała, gdy go ujrzała i uśmiechnęła się do niego litościwie.
- Anno, czy możesz zostawić nas samych? – powiedział, a ona bez słowa zamknęła za sobą drzwi. – Straciłem wiele czasu na próbach nauczania was, nie pojmuję dlaczego wasze umysły są tak oporne – teraz zwracał się do kobiety, która leżała na łóżku i wpatrując się w sufit nic nie mówiła. - Czy naprawdę nie widzisz tego wszystkiego o czym mówiłem? Nie dostrzegasz rzeczywistości?
- Posłuchaj mnie świrze, bo powiem to tylko raz – kobieta przemówiła. – Sprowadziłeś tutaj mnie i moje koleżanki, kiedy byłyśmy pijane, później wytatuowałeś nam jakieś gówno, nie pozwalasz nam stąd wychodzić, traktujesz nas jak więźniarki i oczekujesz, że będziemy traktować cię na poważnie? – powiedziała to wyjątkowo spokojnie. Na kłótnie, szarpaniny, wyzwiska i próby ucieczki nie miała już siły. Jedyne, co mogła zrobić, to po prostu leżeć. Miała nadzieję, że kiedy się znudzi wpajaniem jej tych swoich bzdur, wypuści ją.
- Chciałem tylko…
- Jebie mnie co chciałeś, masz nas wypuścić!
- Nie życzę sobie…
- Pierdol się.
K tracił cierpliwość. Wiedział, że za chwilę by ją uderzył, więc wyszedł. Na korytarzu czekała Anna, która chciała coś powiedzieć, ale on tylko ominął ją i szybkim krokiem skierował się do swojego pokoju.
Długo rozmyślał. Może powinien sprowadzić tutaj kogoś innego, kogoś mądrzejszego… kogoś myślącego. Nie. Przecież chciał zmienić ludzi, których społeczeństwo wykształciło na elitę głupoty. Ludzi, dla których najważniejsze w życiu to żyć zabobonnie, nie martwić się o nic poza sobą. Ludzi nie rozwijających się, tylko czekających, aż dostaną od świata to, co jak myślą im się należy… należy im się, bo żyją… urodzili się, więc mają prawo do wszystkiego. Ludzi, którzy myślą o sobie, że są najważniejsi, a wszyscy inni urodzili się, aby oni mogli nimi pomiatać. Takich ludzi chciał zmieniać, więc podjął dobry wybór.
Trzy kobiety, które do siebie sprowadził, pasowały do tego schematu idealnie. Były młodymi dziewczynami, dla których szczytem spełnienia jest ubrać się wyzywająco i spędzić upojną noc w klubie. Kobiety, które słysząc o nauce, o matematyce, fizyce czy astronomii, wybuchają śmiechem i twierdzą, że to głupoty dla ludzi, którzy nie mają życia towarzyskiego i mogą poświęcić się takim rzeczom. Kobiety ze złą hierarchią wartości.
Sposób, który wybrał aby je odmienić, również musiał być odpowiedni. Rozmowa i nic ponadto. Przecież dzięki Annie przekonał się, że to działa. Anna przyjęła wszystkie jego dogmaty za pewnik i teraz sama starała się je rozpowszechniać. Co więc zrobił źle?
Nagle rozwiązanie samo wpadło mu do głowy. Nie uwzględnił najważniejszego. Nie wziął pod uwagę sposobu w jaki przebiegała socjalizacja tych kobiet i jak różniła się od tej, którą odbyła Anna. One nie doświadczyły w swoim życiu żadnych silnych bodźców. Nie siliły się na rozmyślanie, zastanawianie się nad czymkolwiek. Brały życie takim, jakie było. Nie interesowało je nic poza tym, co ktoś im przekazał. Chciały powtarzać schemat.
Anna była inna. Ona doświadczyła wiele złego i musiała nauczyć się sobie z tym radzić. W pewnych momentach życia musiała dostosowywać się do zupełnie innej rzeczywistości. Musiała zmieniać radykalnie swoje nastawienie do życia i ludzi. Dzięki temu stała się elastyczna. Podatna. Była jak glina, z której można coś ulepić. Czekała, aż ktoś ją odpowiednio ukierunkuje.
Ona była otwarta na nowe teorie, one nie.
Dzięki temu doświadczeniu zrozumiał, że każdy obiekt swoich doświadczeń musi traktować inaczej. Do każdego musi docierać indywidualnie, na różne sposoby. Każdemu musi poświęcić odpowiednią ilość czasu. Nie powinien zajmować się trzema kobietami jednocześnie. Może gdyby zaczął z jedną i po jakimś czasie sprowadził kolejną…
Wiedział, co było źle, ale te kobiety zostały już spisane na straty. Skoro do tej pory miały do niego negatywne nastawienie, nie zmienią tego. Dalsze nauczanie ich nie miało sensu.
Co miał z nimi począć? Wypuścić je? A co jeśli one doniosą na niego? Nie wiedziały, gdzie mieszka, ale widziały jego twarz. Wiedziały jak wygląda, a on nie mógł sobie pozwolić na to, by ktoś przerwał mu to, co było dla niego najważniejsze. Jego pracę.
Pomyślał o tym, jak bardzo nienawidzi ludzi pokroju tych kobiet. Zaludniają świat a ich poglądy rozmnażają się w zastraszającym tempie. Zdenerwował się.
Następne co wpadło mu do głowy, to fragmenty jego rozmów z nimi. Najpierw wulgarnie obrzucały go epitetami, później chciały go zabić. Rzuciły się na niego z nożem i gdyby nie pomoc Anny już by nie żył. Na szczęście skończyło się na dwóch szwach na ramieniu. Jego złość rosła.
Przypomniał sobie jak wyśmiewały to, co mówił. Gdy negował istnienie Boga, one klękały i zaczynały się modlić. Może powinien potraktować je silną ręką, a nie dawać wejść sobie na głowę. Sugerował się jednak delikatnym nastawieniem, które przyniosło efekt u Anny.
Każde jego zdanie kwitowały głośnym rechotem. Poczuł się tym dotknięty. Teraz to powróciło, czuł się jak dziesięciolatek wyśmiewany w szkole przez kolegów z racji tego, że nosi na zębach aparat korekcyjny, a twarz usianą ma trądzikiem.
Bezczelne, bezmyślne, małe dziwki.
Gniew nim zawładnął.
Wiedział, co musi zrobić. Wszystko przemawiało za tym samym. Podjął decyzję.

Odnalazł je stojące w kuchni. Anna starała się jeszcze coś im wytłumaczyć, ale one jakby jej nie widziały, śmiały się do siebie. Znów zachowywały się jak nastoletnie, bezczelne, bezmyślne, małe dziwki.
Gdy wszedł, udały, że go nie dostrzegły.
Zbliżył się szybkim krokiem i dużym nożem, który przyniósł ze sobą, pchnął  mocno w brzuch jednej z nich.
Jej ręce powędrowały w miejsce, z którego zaczęła płynąć krew, a ciało zgięło się wpół.
Krzyki dwóch pozostałych zalały pomieszczenie.
K brutalnie wyciągnął narzędzie zbrodni, a kobieta upadła na ziemię i po chwili wydała ostatnie tchnienie.
Dwie pozostałe zaczęły uciekać. Jedna z nich chciała minąć go z lewej, druga z prawej strony. Mógł powstrzymać tylko jedną.
Zamachnął się i zranił kolejną kobietę. Odskoczyła, ale dopadł ją i na oślep machał nożem, aż upadła, a wtedy dalej czynił dzieło zagłady ludzkiego istnienia.
Trzecia z jego dzisiejszych ofiar miała zginąć dopiero za pięć minut.
Kiedy on zajmował się tamtą, ona uciekała. Przebiegła korytarz i dotarła do drzwi prowadzących do części kompleksu zajmowanej wyłącznie przez K. Nikt poza nim nie miał tam wstępu. Drzwi zawsze zamknięte teraz przez nieuwagę szaleńca w amoku pozostawały szeroko otwarte.
Wpadła tam jak oszalała. Chciała go powstrzymać zamykając za sobą, ale nigdzie nie było klucza. Biegła dalej. Ta część różniła się od pozostałych. Pomieszczenia były znacznie przytulniejsze. Wystrój nie pozostawiał cienia wątpliwości, dekorator tych wnętrz był uzdolniony. Nie wiedziała, gdzie znajdowało się wyjście na zewnątrz, ale przed sobą ujrzała metalowe, toporne drzwi nie pasujące do reszty.
Szarpnęła. Nic. Jeszcze raz, tym razem mocniej. Drzwi ustąpiły.
Nie tego się spodziewała. To nie było wyjście na zewnątrz. To była brama do piekła.
Gdy przestąpiła próg, przed sobą znów ujrzała korytarz i znów wiele drzwi, skrywających tajemnicze pomieszczenia. Najbliższe z nich wprawiły ją w osłupienie. Były otwarte… za nimi widok, który unieruchomił ją na kilka sekund. To dziwny fotel z siedzącą na nim młodą kobietą przykuł jej uwagę. Siedziała tam od dawna. Zdziwił ją niepasujący element. Jakiś kawałek metalu wystawał z oka kobiety ubranej w szpitalny strój. Musiał przeprowadzić na niej jakiś dziwny zabieg. Kobieta nie była prawdziwa. To było tylko zdjęcie. Wielkoformatowe zdjęcie zawieszone na ścianie. Miało mu o czymś przypominać? Biegła dalej. Ujrzała jeszcze wiele okropności, zanim usłyszała jego kroki. Ale wtedy było już za późno.
Nóż przeleciał kilka metrów w powietrzu i wbił jej się w plecy. Upadła i więcej już się nie podniosła.

Rzeź, którą urządził K dzisiejszego wieczoru wywarła na Annie wielkie wrażenie. Do tej pory był dla niej duchowym przywódcą. Powiedziałaby nawet, że traktuje go jak Boga. Od dzisiaj zacznie traktować go jak złego Boga. Jak bardzo bardzo złego Boga.
Stała w bezruchu wpatrując się w dwa kawałki mięsa leżące na kuchennej podłodze. Przeżyła dużo, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Przez chwilę bała się, że K może skrzywdzić także i ją, ale zaraz odrzuciła tę myśl. Wierzyła, że jest dla niego ważna. Wierzyła, że traktuje ją jak nagrodę za swoją ciężką pracę. Była od niego uzależniona, ale przekonywała siebie, że i on uzależnia się od niej.
Usłyszała głośny huk i przestraszyła się tak, że odskoczyła i plecami uderzyła w ścianę. Zobaczyła, że sprawcą tego głośnego dźwięku był K, który przed chwilą wybiegł w szaleńczym pościgu za swoją zwierzyną, a teraz znów wrócił do kuchni. Wrócił do niej. Uśmiechał się.
- Anno, oby następny rok był dla nas lepszy – powiedział zakrwawiony i upił łyk francuskiego szampana, którego głośno otworzył chwilę wcześniej, a następnie podał butelkę Annie.

Młoda kobieta, starszy od niej mężczyzna i dwa damskie trupy, którym brakowało towarzystwa trzeciego, spoczywającego w innym pomieszczeniu, przywitali nowy dwa tysiące ósmy rok.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz