Rozdział 26


Poprzedni rozdział


Warszawa, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.01


Minął tydzień i emocje ostatnich miesięcy powoli opadały. Dla wszystkich z wyjątkiem Alexa. Zbliżał się do firmy. Nie miał tam już czego szukać. Stracił pracę. Pocieszał się jedynie tym, że razem z nim z policji wylano komisarza. Nie ubrał się w mundur. Nie szedł tam, żeby łapać bandziorów. Chciał dowiedzieć się czegoś w sprawie, która dotyczyła go bezpośrednio.
Zaginięcie.
Zaginięcie, które nim wstrząsnęło. Obwiniał się o to. To była jego wina. Gdyby nie on…
Wszedł do budynku i odnalazł przyjaciela. Sierżant nie uśmiechał się do niego. Wiedział po co tu przyszedł. Przyszedł dowiedzieć się, co zdążyli ustalić w sprawie zaginięcia. Nie miał dla niego dobrych wieści. Nie odnaleźli zaginionej, nawet nie wpadli na żaden trop.
Gdy dowiedział się tego co już wiedział, gdy usłyszał to samo co każdego dnia, stracił cierpliwość i nawrzeszczał na sierżanta, który stał przed nim. Wiedział, że to nie jego wina, po prostu musiał się wyładować. Był na skraju załamania. Ledwie to odnalazł, a już stracił.
Nie miał wsparcia z żadnej strony. Wsparcia, którego tak bardzo teraz potrzebował. Nawet Xavier, który wydawał się być dobrym kompanem, teraz zniknął. Nie żywił jednak do niego urazy. Wiedział, że musiał to uczynić. Że tego potrzebuje. Z drugiej strony nie pomóc mu w takiej chwili? Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Gubił się. Co ma zrobić? Zacząć poszukiwania? Ale od czego? Nie ma śladów. Środki ograniczone. Jak się zachować? Chciał… musiał coś postanowić. Musiał użyć wszystkich możliwych sposobów… pociągnąć za wszystkie sznurki… jeżeli będzie taka potrzeba musi działać na pograniczu prawa… musi zrobić absolutnie wszystko, byle tylko odnaleźć kobietę, którą pokochał... Musi odnaleźć kobietę, która zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach i której może grozić ogromne niebezpieczeństwo. Musi odnaleźć Tatianę.

Dzień był mroźny.
Tatiana nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Była naga i przywiązana do grubego pala podtrzymującego sklepienie. Oczy przesłaniała jej czarna opaska. Nie widziała zupełnie nic odkąd się tu zjawiła. Trzęsła się z zimna.
Wiedziała, że jak co dzień, wychłodzi swój organizm do granic wytrzymałości, zanim osoba, która ją uwięziła wróci i ogrzeje pomieszczenie. Siedziała na twardej podłodze w oczekiwaniu na tę chwilę.
Czas mijał bardzo wolno. Każda minuta była dla niej wiecznością.
Jej umysł działał źle nie tylko z powodu panującego chłodu. Ostatnimi czasy przeżyła tak wiele różnych emocji. Pogardę, miłość, gniew, żądzę… wszystko działo się w przerażającym tempie. Przejście z jednej emocji w drugą odbywało się błyskawicznie, prawie niezauważalnie. Każda kolejna po prostu wybuchała niespodziewanie.
Do drzwi jej świadomości co chwilę dobijała się jedna myśl: Dlaczego on mnie nie szuka? Czy to wszystko było udawane? Czy sama siebie okłamywałam? Nie zależy mu?
Z wycieńczenia opuściła głowę. Nie myła się od tygodnia. Nie widziała zupełnie nic od tygodnia. Jadła raz dziennie. Ciągle była przemarznięta.
Nagle ktoś wszedł do środka. Wiedziała, że to ta sama co ostatnio osoba. Osoba, która nie przemówiła do niej ani jednym słowem.
Osoba zbliżyła się i nakarmiła ją jak każdego dnia, zapewne o tej samej porze. Ten dzień był jednak wyjątkowy. W tym dniu osoba pierwszy raz przemówiła.
- Niedługo umrzesz – powiedział delikatny damski głos.
Nie rozpoznała kobiety. Nie wiedziała kim jest, ale była przekonana, że jeśli twierdzi, że umrze to tak właśnie się stanie. To było pewne. Nie wiedziała kiedy, ale mogła już teraz zacząć żegnać się z życiem.
Kobieta wyszła z pomieszczenia, uprzednio napaliwszy w kominku.
Tatiana poczuła nieznaczne ocieplenie i przypomniała sobie swoje dzieciństwo, później szkołę i pracę. Niewdzięczną pracę kurwy. Na koniec pomyślała z uczuciem o Alexie i odpłynęła w błogi sen.

Kobieta nakarmiła Tatianę, której tak bardzo nienawidziła. Nienawidziła jej za to, że odebrała jej wszystko, co było dla niej najważniejsze. Odebrała jej cały świat. Odebrała sens istnienia. Nie wiedziała nic. Teraz nie wiedziała już zupełnie nic. Nie było żadnego pewnika w jej życiu.
Jedynym co powstrzymywało ją przed morderstwem, była myśl o dostarczeniu jej żywej... o odebraniu nagrody. Obmyślała to na tysiąc sposobów. Przypalanie rozgrzanym do czerwoności żelastwem… Odcinanie kończyn jedna po drugiej… Wizje, które miała, nie przerażały jej. Były dla niej czymś zupełnie normalnym. Były dla niej całkiem przyjemne. Cieszyła się, gdy o tym myślała.
Jednak czas ich spełnienia jeszcze nie nadszedł. Musiała powstrzymać się jeszcze chwilę. Jeszcze tylko jedną malutką chwilkę.
Wyszła na zewnątrz.
Ciepło ubrana kobieta stała przed małą, drewnianą, rozsypującą się ze starości chatką w lesie. Przed nią rozpościerał się piękny widok. Małe miasteczko wiele metrów niżej. Jego mieszkańcy nie mogli być świadomi dramatu jaki rozgrywał się tuż nad ich głowami. Dramatu, w którym końca dobiegał dopiero pierwszy akt.
Zimny wiatr, który gościł na tej wysokości oplótł jej twarz. Naciągnęła szalik na usta i jeszcze przez długą chwilę wpatrywała się przed siebie.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz