Rozdział 32


Poprzedni rozdział


Łódź, 5 listopada 2013r.
godz. 7.11


W domu mieszkała staruszka. Dziewięćdziesięcioletnia, prawie całkowicie głucha kobieta całymi dniami przesiadywała w kuchennym oknie, obserwując pędzący świat. Ona sama pozostawała niewzruszona.
Uśmiechnęła się, widząc samochód, który niespodziewanie pojawił się na podjeździe. Nie poruszyła się, nie miała na to siły.
Z samochodu wysiadła dobrze prezentująca się kobieta. Pomachała w stronę okna i otworzyła garaż. Wjechała i zamknęła za sobą.
Staruszka dobrze ją znała. Mieszkały razem od kilku lat… Od momentu, gdy tamta opuściła zakład karny i postanowiła wynieść się z Warszawy. Staruszka przyjęła ją z otwartymi rękoma. Była niedołężna i mieszkała w dużym domu. Sama by sobie nie poradziła, a gdyby nawet było inaczej, to przecież była jej babką.

Młodość spojrzała w oczy starości… a później ją czule przytuliła.
- Cześć babciu! – krzyknęła młodość. – Wcześnie dziś wstałaś!
- Oj tak… Oj tak… - odpowiedziała starość, kiwając lekko głową do przodu i do tyłu… do przodu i do tyłu.
Irys delikatnie pogłaskała przerzedzone, siwe włosy i ucałowała ją w zmarszczki na lewym policzku.
- Wyglądaj sobie babciu. Może zobaczysz tam coś pięknego – już nie krzyczała. Mówiła to bardziej do siebie niż do staruszki, która odwróciła się do okna i oddała swojej jedynej rozrywce.
Irys była zmęczona, ale musiała zakończyć pierwszy etap zanim odpocznie. Zaparzyła kawę dla siebie i zioła łagodzące objawy starości dla babci.
Postawiła jedną filiżankę na parapecie, a drugą przed sobą na stole. Usiadła i wpatrując się w staruszkę oglądającą świat, pośpiesznie wypiła kawę, a następnie zeszła do garażu.
Otworzyła bagażnik i przystawiła pistolet do głowy leżącego w samych slipach Tadeusza Rosenkranza, który nieco poobijał się w czasie podróży.
- Umrzesz! – przepełniona nienawiścią spojrzała z obrzydzeniem na człowieka, którego nienawidziła od lat. - Chcę żebyś wiedział, że niebawem umrzesz!
- Kim… je… jesteś? – z trudem wydukał mężczyzna oślepiony światłem żarówki, palącej się w garażu. – Czego chcesz?
- Wszystkiego się dowiesz. Bądź cierpliwy. W tej chwili najważniejsze jest żebyś pojął, że umrzesz – chciała, żeby zaczął się bać. To miało dać jej przyjemność… i dawało.
- Czego chcesz ode mnie? – mężczyzna starał się zrozumieć o co tutaj chodzi. Dlaczego ta kobieta tak bardzo się natrudziła, żeby go porwać. Nasłała inną, z którą miał uprawiać seks, aby doprowadziła go do niej. Po co tyle zachodu? Jestem tylko starym Żydem. Nie mam pieniędzy. Pomyślał.
- Od ciebie? Nic nie chcę od ciebie. Nie ma na świecie takiej rzeczy, którą mógłbyś mi dać. Jedyne czego chcę, to twojej śmierci, ale to wezmę sobie sama. Wysiadaj!
Nie sprzeciwiał się. Nie chciał dłużej tkwić w bagażniku.
Poprowadziła go do przylegającego pomieszczenia. Zatrzymał się w drzwiach przerażony.
- Co? Co to j…?
- Właź! – popchnęła go.
Spędziła długie dni przygotowując ten pokój. Był wygłuszony. Na środku stało jedno krzesło przymocowane do podłogi. Wyposażono je w uchwyty do przytrzymywania rąk i nóg.
Przy ścianie stała własnoręcznie skonstruowana, duża półka z odsuwaną do góry żaluzją ukrywającą jej zawartość. Na podłodze rozciągnięto folie. Na suficie zamocowano lampę jarzeniową, która celowo mrugała. Irys miała z tym dużo problemu, nie była elektrykiem, ale po wielu próbach udało jej się wprowadzić odpowiedni nastrój.
- Ściągaj to! – Irys skierowała broń na slipy mężczyzny.
Zrobił to bez słowa. Nie czuł wstydu. Widziało go tyle kobiet, że jego nagość stała się dobrem publicznym.
- Siadaj! – teraz broń wycelowana była w krzesło.
- Ale…
- Siadaj do cholery!
Usiadł, a Irys go spętała. Nagi starzec siedział na krześle. Nie bał się. Nie zabiła go do tej pory, to znaczy, że są spore szanse, że już tego nie zrobi. Chciała go żywego.
- A teraz opowiem ci historię – Irys spojrzała w jego oczy i zaczęła. – Była sobie kiedyś mała owieczka. Bawiła się całymi dniami. Inne owieczki zazdrościły jej pięknej wełny… - chwila zastanowienia. – Wiesz… ta owieczka była naprawdę piękna. Tak myślę… - zaśmiała się.
Tadeusz Rosenkranz nie wiedział o co chodzi. Kobieta musi mieć nierówno pod sufitem.
- I w pewien piękny dzień… ta piękna owieczka wyszła na przechadzkę. Szła sobie… i nagle spotkała inną owieczkę… taką płci męskiej – znów śmiech. – I ta owieczka płci męskiej, powiedziała, że jest z telewizji i że reżyseruje filmy. Nadążasz?
- Nie rozumiem o czym… - Tadeusz Rosenkranz był zdezorientowany. Owce reżyserami filmów?
- Dobrze, więc mówię dalej. Nasza owieczka była młoda i głupia i uwierzyła owieczce reżyserowi. Teraz dwie owieczki szły razem, rozmawiając o tym, że nasza owieczka zostanie gwiazdą filmową. Cudowne prawda?
- To już koniec historii? – Tadeusz Rosenkranz opuścił głowę. Nie miał ochoty słuchać dalej.
- Koniec? O nie… To dopiero początek… - złapała za lufę broń i mocno uderzyła go w szczękę. Krew rozprysła się na folii. Tadeusz Rosenkranz splunął i na podłodze znalazł się odłamany ząb.
- Co? Za co? – jego przerażenie narastało. Teraz był już pewny, że ma do czynienia z psychopatką.
- Tak tylko. Nie martw się tym. To nic w porównaniu z tym, co ci zrobię. Ale wróćmy do opowieści – podniosła głowę Tadeusza Rosenkranza tak, aby patrzył na nią. – Szły sobie dwie owieczki. I nagle… Owieczka reżyser ściąga przebranie i okazuje się, że jest wilkiem. Łapiesz? To był cholerny wilk! – Znów uderzenie w szczękę. Tym razem mocniejsze. Kolejne dwa zęby na podłodze. – Wilk łapie naszą owieczkę i zaciąga ją do pobliskiej kamienicy. Zdziera z niej piękną wełnę… i posuwa. Posuwa ją, jakby była jego jebaną własnością. Rozumiesz? Wilk posuwa owieczkę! Czy ty to kurwa rozumiesz? – furia jaka wyszła z Irys była przerażająca nawet dla niej samej. Musiała się uspokoić, aby go nie zabić. To nie był odpowiedni czas. Musiał cierpieć. Długo cierpieć. Policzyła do dziesięciu, ale to nic nie dało. Klepnęła się w twarz. Jeszcze raz mocniej i jeszcze raz. Opanowała się. – Owieczka! Wilk! Kamienica! Posuwanie! Mówi ci to coś?
- Przykro mi… ale… ale ja nie wiem o czym ty… - doskonale wiedział. Teraz już wszystko pojął. Rozumiał o czym mówi do niego ta kobieta. Czasami zastanawiał się nad tym, co stało się z tą małą dziewczynką, którą wtedy zgwałcił. I teraz już wie. Nie mógł jednak powiedzieć, że ją rozpoznaje, bo mogłoby to się dla niego źle skończyć. Tak myślał. Postanowił ją okłamywać. Nie przyznawać się. Może uda mu się nią tak zakręcić, że sama uzna, że pomyliła osoby.
- Nic nie szkodzi. Nie martw się – mówiła opanowanym głosem. – Wszystko ci przypomnę – uśmiechnęła się. – Ale najpierw najważniejsze.
Podeszła do półki przy ścianie i odsunęła żaluzję.
Tadeusz Rosenkranz poczuł się jak w horrorze. Otworzył szeroko oczy, a jego krew zaczęła krążyć niebezpiecznie szybko. Irys odsunęła się o dwa kroki i zamaszystym gestem rąk wskazała na narzędzia tortur.
Były tam różnorakie noże, szczypce, piły, strzykawki… Tadeusz Rosenkranz spojrzał przerażony na Irys.
- Po co to? Ja nie…
- Przestań gadać! Doceń to, co dla ciebie przygotowałam – spojrzała na niego niedoceniona, smutna kobieta.
Wybrała strzykawkę i napełniła ją specyfikiem, którego zadaniem było podniesienie granicy bólu ofiary. Będzie cierpiał, ale nie zemdleje. Będzie cały czas świadomy tego, co ona mu robi.
Rzucał się. Wierzgał, ale ona schwyciła go i wbiła igłę. Płyn obiegł ciało Tadeusza Rosenkranza.
Wróciła do półki i odłożyła pustą strzykawkę. Sięgnęła po pierwsze z narzędzi tortur. Nożyce.
Zbliżyła się do wilka w przebraniu owcy. Jęczał. Krzyczał. To nie pomogło. Mógł wydawać z siebie dźwięki, jakie tylko chciał. Nikt go nie usłyszy, a dla niej będzie to świadczyło o jego lęku. Lęku, który ona czuła tamtego dnia. Wtedy on był oprawcą. Był silniejszy. Mógł zrobić z nią co chciał. Teraz jest odwrotnie. Teraz ona może zadać mu tyle bólu… może sprawić, że poczuje się jak ona wtedy. Przerażony. Wzgardzony. Bezsilny.
Przyłożyła nożyce do jego sflaczałego penisa.
- N… nieeee! Przestań! Nie! – Starał się powstrzymać to, co nieuniknione.
Zmiażdżyła. Odcięła. Prawie cały penis upadł na podłogę w pobliżu znajdujących się tam zębów. Tadeusz Rosenkranz zawył z bólu. Spojrzał na odciętego kutasa i zaczął lamentować. Z jego nosa popłynęła strużka lepkiej substancji.
Irys czuła się znakomicie. Czekała na ten dzień od tak dawna. Ulga. Ogromna ulga. Mówią, że zemsta nie przynosi ulgi… kłamią. Przykucnęła dwa metry przed nim i patrzyła na mężczyznę, który właśnie stracił to, co dla niego najważniejsze. Patrzyła na swojego oprawcę, którego teraz ona maltretuje. Była w siódmym niebie. Kiedy on płakał i rzucał się z bólu, ona patrzyła na niego i uśmiechała się jak mała dziewczynka, która coś przeskrobała i przymila się, aby nie ponieść kary. Podrapała się po głowie lufą pistoletu. Podniosła się i zabandażowała miejsce,  w którym wiele razy sterczał… Nie chciała żeby się wykrwawił. To dopiero pierwszy akt. Najważniejszy, ale pierwszy. Przed nim jeszcze tak wiele doświadczeń.
- Na dzisiaj to tyle – powiedziała i z impetem uderzyła go w głowę. Tadeusz Rosenkranz zasnął.

Staruszka nadal siedziała przy oknie. Wypiła swoje zioła i nie usłyszała, jak Irys się do niej zbliża. Wzdrygnęła się, gdy poczuła dłoń, która ją obejmuje. Zaraz jednak zobaczyła wesołą twarz wnuczki i się uspokoiła.
- Babciu, wreszcie spełniają się moje marzenia – powiedziała cicho, wiedząc, że staruszka jej nie słyszy. – Wreszcie jestem szczęśliwa.
- Cooo? Mów głośniej wnusiu! – krzyknęła staruszka, ale Irys nie powtórzyła tylko ucałowała babcię w czoło i ruszyła zaparzyć kolejną porcję ziół. Tym razem również dla siebie.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz