Rozdział 34


Poprzedni rozdział


Warszawa, 5 listopada 2013r.
godz. 13.03


Zamknięta szkatułka znajdowała się na stoliku obok sterty akt, a Xavier, który nie spał dzisiejszej nocy siedział w fotelu i wpatrywał się w nią, oczekując…
Pukanie do drzwi.
Podszedł i otworzył.
Alex i Tatiana weszli i opadli ze zmęczenia na kanapę. Spali dziś tylko cztery godziny… u niego.
Xavier zajął swoje miejsce i podjął:
- Zapoznałem się z tym – kiwnął głową, wskazując na znajdujące się przed nim skoroszyty. – Muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się takich okropności – zastygł.
- Do rzeczy – Alex chciał konkretów, a nie opinii towarzysza.
- Dobrze. Nie ma tam nic o tym, gdzie może znajdować się K. Nie ma żadnego śladu, który mógłby nas na coś naprowadzić. Są natomiast dokładne opisy jego ofiar.  I zdjęcia tego, co im zrobił. W aktach są braki… - mógł ugryźć się w język.
- Braki? To znaczy… chodzi ci o te akta z numerem osiem? – Zaciekawił się Alex. – Czy coś innego?
- Dokładnie – Xavier odetchnął. Sierżant pomógł mu wybrnąć z sytuacji. – Nie ma ósemki – nie chciał zdradzić, że chodziło mu również o coś innego… o akta ukochanej Sophie.
Tatiana dostrzegła w zachowaniu Xaviera wahanie. Nic jednak nie powiedziała, tylko słuchała dalej.
- Podsumujmy. K porywa kobiety. Czasami same się zgadzają, żeby z nim wyjechać…
- Zgadzają się? – Alex nie wierzył w to, co usłyszał.
- Tak. Jest kilka takich, które dobrowolnie oddały się w jego ręce.
- Ale… dlaczego?
- Pewnie nie potrafiły odnaleźć się w społeczeństwie i to była dla nich najlepsza opcja – do rozmowy włączyła się Tatiana.
- Brawo – Xavier był pod wrażeniem bystrości prostytutki. - Dokładnie w ten sposób opisuje je K – chwila namysłu. – Na początku stara się tłumaczyć kobietom swoje racje. Rozmawia z nimi długimi godzinami. Jeżeli nie okazują symptomów zmiany wpada na różnorakie dramatyczne pomysły. Wiecie już na przykład o lobotomii, okazuje się jednak, że to nie było najgorsze, co wpadło mu do głowy… Mamy fotografie. Czy chcielibyście się z nimi zapoznać?
Podał im zdjęcia.
Przeglądali je z narastającą odrazą i przerażeniem.
- Raczej żadna z kobiet nie wychodzi z tego cało. Są jednak dwa znane nam wyjątki – kontynuował Xavier.
- Dwa? – Alex chciał wiedzieć wszystko już w tej chwili.
- Irys poznaliście. Druga kobieta ma na imię Anna. Była trzecim obiektem. Teraz pomaga K – pauza. – Zazwyczaj kobiety zabijają się same. Nie mogą żyć dłużej z tym, czego się dowiedziały. Nie odnajdują się już w otaczającej je rzeczywistości. W innych wypadkach zabijają się na skutek doznanych obrażeń natury fizycznej…
- Powiedziałeś: zazwyczaj. Zazwyczaj zabijają się same – Alex nie był pewien czy dobrze zrozumiał.
- Tak. W trzech przypadkach K z zimną krwią zamordował. Trzy kobiety jednego dnia. Wszystkie trzy starał się zmienić w tym samym czasie, ale one tego nie chciały. Szydziły z niego… i zamordował je.
- Skurwiel – podsumował sierżant.
- Mamy dokładne dane personalne każdej z jego ofiar, ale to na niewiele się przyda. Kobiety po prostu znikały bez śladu i ich rodziny nic nie wiedzą, tym bardziej, że większość z nich nie miało rodzin lub nie utrzymywało z nimi kontaktu.
- No to znów jesteśmy w kropce? – zapytała Tatiana.
- Niestety – odpowiedział sceptyczny Alex i schował twarz w dłoniach.
- Niekoniecznie – Xavier wydawał się być optymistą. – Mam pewien pomysł, ale szczegóły później. Muszę wyjść. Możecie korzystać z apartamentu jak długo chcecie – podniósł ze stolika szkatułkę.
Zarzucił na siebie marynarkę a na nią płaszcz i wyszedł.
- Policjancie, nie sądzisz, że nie mówi nam wszystkiego? – Tatiana spoglądała na drzwi, które przed chwilą się zamknęły, a w jej oczach dostrzec można było podejrzliwość.
- No… sam to powiedział. Szczegóły później, czy jakoś tak… - Alex był zmęczony. Nie mógł się skupić.
- Nie o to mi chodzi – zastanawiała się przez chwilę. – Kiedy mówił o niekompletnych aktach… Podsunąłeś mu… powiedziałeś, że chodzi o numer osiem. Nie wydaje mi się, że do tego zmierzał. On coś ukrywa. Wie coś, czego my nie wiemy. Czegoś jeszcze brakuje.
Alex uznał, że Tatiana może mieć rację. Rzeczywiście w tamtej chwili, Xavier jakby chciał coś powiedzieć. Niepotrzebnie mu przerwałem. Pomyślał.
- Skoro mamy do dyspozycji cały apartament… - Tatiana wyszła z transu, w którym się znajdowała, podejrzewając Xaviera o ukrywanie prawdy. – Może… skoro to apartament w Marriocie, to chyba powinno być jacuzzi. Może byśmy…
Nie musiała kończyć. Alex schwycił ją za rękę i pociągnął w stronę łazienki.

Ford Mustang zatrzymał się na parkingu przydrożnego baru.
W środku nie było tłoku. Jeden stolik zajęty przez rodzinę z dwójką dzieci i jeden przez samotną, wyzywająco ubraną kobietę.
Usiadł i zamówił kawę.
Postawił przed sobą szkatułkę i poczekał, aż ponownie zjawi się stara kelnerka.
Wypił powoli napój, jakości która pozostawiała wiele do życzenia.
Cały czas wpatrywał się w drewnianą skrzyneczkę. Otworzył ją.
W środku znajdowało się kilka przedmiotów. Telefon komórkowy sprzed wielu lat. Stary, czarny z wystającą antenką. Włączył go i położył na stole. Teraz pora na kolejne urządzenie, również czarne z wyświetlaczem i czytnikiem linii papilarnych. Przyłożył kciuk prawej dłoni do czytnika i przytrzymał kilka sekund, aż urządzenie zakończy skanowanie. Na ekranie wyświetlił się komunikat MÓW. Zbliżył urządzenie do ust i powiedział: Xavier Lorrain. Urządzenie rozpoznało głos i wyświetliło ciąg znaków:

A O 4 T 5 1 G 9 3 5 B 9 1 K 2 3 L 7 6

Hasło. Nic nieznaczący ciąg, służył jedynie do autoryzacji człowieka, który się nim posłuży.
W szkatułce było jeszcze coś. W rogu, prawie niezauważalne. Sięgnął i przyjrzał mu się. Złoty sygnet z wygrawerowaną Gwiazdą Chaosu. Symbolem często używanym przez praktyków magii chaosu. W tym przypadku jednak oznaczała sekretne, międzynarodowe stowarzyszenie. Stowarzyszenie ludzi, których nikt nie jest w stanie opanować. Ludzi dbających o interesy jedynie swoich członków. Ludzi, którzy zabijają, bo tak jest wygodniej. Ludzi, którzy oszczędzą jedynie tych, którzy na swej dłoni noszą ów sygnet. Sygnet z tym właśnie znakiem.


Spojrzał na pierścień. Obrócił go w dłoni kilkukrotnie i odczytał napis na wewnętrznej stronie obręczy: Mathis Lorrain. Przypomniał sobie twarz swojego zmarłego ojca. Przypomniał sobie, jak tłumaczył mu znaczenie sygnetu. Jak nakazał mu obiecać, że użyje go tylko w ostateczności. Przypomniał sobie, co ojciec opowiadał mu o ludziach ze stowarzyszenia. O tym, że niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze, o tym że nie ma z nimi żartów…
Postanowił sobie, że nigdy nie skontaktuje się ze stowarzyszeniem, ale sytuacja była podbramkowa. Gdyby miał inne wyjście… ale nie miał.
Nawet sprawa Irys nie przyniosła nadziei. Musiał to zrobić. Sophie. Musi ratować Sophie. Stowarzyszenie mu pomoże, jeżeli dobrze nim pokieruje. Musi dobrze przedstawić sytuację. W zasadzie wystarczy, że powie, aby zajęli się K, a oni go odnajdą i nie zostanie nic po nim, ani po jego domu. Problem w tym, że ucierpią wszyscy, którzy znajdą się w jego pobliżu. Musi działać razem z nimi, razem ze stowarzyszeniem. Wtedy będzie mógł ochronić Sophie.
On jest bezpieczny. Nie tkną go, bo ma sygnet, ale ona…
Musi zjawić się na miejscu w odpowiednim czasie.
Jeszcze przez chwilę zastanawiał się czy nie ma innej możliwości, później rozejrzał się po barze. Nikt go nie usłyszy. Rodzina z dziećmi już wyszła. Została tylko prowokacyjnie ubrana kobieta i kelnerka. Znajdowały się w bezpiecznej odległości.
Wybrał numer w archaicznym telefonie i czekał.
Jeden sygnał… drugi… trzeci… i nagle cisza. Ktoś odebrał, ale nie odezwał się.
Xavier zdziwił się, ale był przygotowany na taką reakcję z drugiej strony.
- Alfa, omikron, cztery, tau, pięć, jeden, gamma… - odczytał do końca ciąg znaków wyświetlanych na ekranie urządzenia i przedstawił się. – Xavier Lorrain.
- Odezwiemy się do pana – usłyszał w odpowiedzi i męski, basowy, poważny głos umilkł.
Połączenie zostało przerwane.
Nie rozumiał. Skontaktują się ze mną? Kiedy? Gdzie? Jak mnie znajdą? Mam tu zostać? Nie wiedział, co ma dalej zrobić. Tego już umierający ojciec mu nie powiedział. Pewnie nie wiedział. Pewnie nigdy nie korzystał z możliwości kontaktu ze stowarzyszeniem.
Na powrót włożył przedmioty do szkatułki i chciał wyjść.
Drogę zaszła mu prowokacyjnie ubrana kobieta.
- Cześć. Chciałam się przywitać – spojrzała na niego i dodała. – Może usiądziesz i założysz ten złoty pierścień. Jest taki piękny. Będzie ci w nim do twarzy.
- Przepraszam, ale nie mam czasu – obserwowała go? Widziała jak oglądał pierścień? Wścibska baba. Zdziwił się gdy znów przemówiła.
- Nalegam panie Lorrain.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz