Rozdział 35


Poprzedni rozdział


Sopot, 2 kwietnia 2010r.
godz. 22.38


Dziś był ostatni dzień życia Weroniki.
Niesforna, dwudziestodwuletnia brunetka weszła na molo. W pobliżu nie było już nikogo, kto zwróciłby uwagę na jej niespokojne zachowanie. Pewna siebie szła w stronę morza. Nagle zmieniła plan i zawróciła.
Zeskoczyła na piasek i uszła kilkadziesiąt metrów.
Była na plaży.
Kiedyś uwielbiała kąpać się w morzu i opalać.
Teraz chciała przypomnieć sobie, jak to było kiedyś, gdy przychodziła w to miejsce z koleżankami i całymi dniami przesiadywały, pozwalając ciału wchłonąć niezdrową dawkę promieniowania ultrafioletowego.
Było ciemno, nikt jej nie zobaczy. Pogoda również nie najgorsza. Rozebrała się do naga i spojrzała na swoje pulchne ciało i biust w rozmiarze ponad rozmiarami. Zawsze chciała schudnąć. Czasami nawet stosowała różne diety, ale to nic nie dawało. Nie miała silnej woli. Nie uważała się za urodziwą. Miała wiele kompleksów. A teraz jeszcze to. Pomyślała wpatrując się w bliznę na ramieniu, która pozostała po tym, jak kazała sobie usunąć tatuaż. Niezdarny pan wręcz zdarł z jej ciała czarnego kruka i cyfrę dziewięć. Westchnęła i rozkoszując się piaskiem wdzierającym się pomiędzy palce jej nóg, ruszyła w stronę wody.
Zanurzyła delikatnie lewą stopę i szybko ją wyciągnęła. Woda była zimna. Nie zależało jej na tym czy zachoruje, czy długo będzie marzła zanim przyzwyczai się do mroźnej cieczy oplatającej jej ciało.
Rozpędziła się i wskoczyła. Przepłynęła kilka metrów i wynurzyła się. Zarzuciła włosy do tyłu. Widziała takie sceny bardzo często na zdjęciach, filmach czy na żywo… kobiety z długimi włosami odrzucały do tyłu głowę, a mokre włosy lecące z opóźnieniem sprawiały oszałamiające dla mężczyzn wrażenie. Powtórzyła to uświadamiając sobie, że nawet gdyby świeciło słońce, a dookoła było tłoczno nikomu nie stanąłby na ten widok. Przecież tamte kobiety były piękne… szczupłe, a ona… Nie spróbowała już więcej. Wyszła z wody.
Usiadła na piasku, który momentalnie wdarł się w każdy zakamarek pomiędzy jej udami. Nie martwiła się tym, sprawiło jej to nawet przyjemność. Położyła się i nabierając go w ręce, rozcierała po całym ciele.
Spojrzała w lewo i zobaczyła w oddali molo i jakieś budynki. To nie był już jej świat.
Naga kobieta, będąc pod wpływem amfetaminy zamknęła oczy i zamyśliła się.
Przypomniała sobie, jak w wieku szesnastu lat za namową chłopaka jej postury, pierwszy raz sięgnęła po marihuanę. Wypalili skręta i cały świat wydał się kolorowy. Śmiali się do upadłego, a później ich spocone ciała splotły się ze sobą. Znała go krótko a dała mu dupy. Wypominała to sobie. Jej pierwszy facet, a ona…
Wciągnęło ją to. Mogła się wyluzować. Więc paliła i ruchała… paliła i ruchała…
Później, w wieku osiemnastu lat na urodzinach koleżanki upiła się do nieprzytomności… na szczęście znalazł się dobry duszek. Chłopak sporo od niej starszy. Nie przybył na imprezę z pustymi rękoma. Miał przecież dobre maniery. Przyniósł dwa gramy białego proszku. Rozsypał większą część na stoliku i dowodem osobistym uformował cztery równe kreski. Zwinął dziesięciozłotowy banknot w rulonik i jeden jego koniec włożył do nosa, a drugi przystawił do pierwszej kreski. Wciągnął i mocno potarł się po nosie. Powtórzył tą czynność na drugiej dziurce i znów potarł nos.
Opierała się o stół rzygając na podłogę. Szturchnął ją i podał jej banknot.
- To ci pomoże – powiedział.
Nie wiedziała, co ma z tym zrobić. To był pierwszy raz. Chciała powtórzyć to, co zrobił on, ale zamiast wciągnąć powietrze, wypuściła je. Amfetamina rozsypała się po podłodze.
Zdenerwował się. Gdyby byli sami uderzyłby ją, ale nie są i musi zachować twarz. Gruba suka. Pomyślał, a z jego ust wydobyło się:
- Nic się nie stało. Mam więcej – był szpanerem. Najstarszy w towarzystwie, chciał zagrać dojrzałego i doświadczonego, a zarazem imprezowego faceta. Liczył na przygodny seks. Nie z nią. Tego by nie chciał. Było tu jednak wiele seksownych małolat, które przecież tylko czekają, aby się najebać i rozłożyć przed nim nogi.
Znów nasypał trochę i znów uformował cztery kreski. Wciągnął swoją część i po raz drugi podał jej banknot.
- Tym razem wciągnij – powiedział. I w myślach dodał ty głupia pizdo.
Wciągnęła i poczuła jak w momencie trzeźwieje, jak wraca do żywych.
To było fantastyczne. Lubiła dużo pić, a dzięki temu mogła to robić bez obawy, że będzie się źle czuła. Teraz rządziła, teraz miała mocniejszą głowę niż jej znajomi. I to ją ucieszyło.
Środek trzeźwiący miał również inne zalety. Dodawał energii. Mimo iż zawsze szybko się męczyła, tamtego dnia mogła przetańczyć całą noc. Więc tańczyła… bawiła się i kątem oka spoglądała na dobrze zaopatrzonego chłopaka, który był dla niej tak miły, że odstąpił jej działkę. Stał przy stoliku, z którego razem wciągali. Wpadł jej w oko. Chciałaby poznać go lepiej, ale on nie był już sam. Przed nim na blacie jak dobra szarlotka, leżała młoda dziewczyna, której najwidoczniej zaimponował swoim wyczynem, bo mimo, że na granicy wytrzymałości, to nadal próbowała rozłożyć nogi jeszcze bardziej…
Lubiła wciągać. Na początku robiła to sporadycznie, później coraz częściej. Miała ochotę pójść krok dalej, ale na początku nie miała odwagi, a później została porwana. Porwana? Owszem, porwali ją, ale gdyby nie oni, nie ćpałaby dalej, bo nie miała już pieniędzy. Oni, mimo iż zabrali ją siłą, to przecież byli dobrymi ludźmi. Kiedy tylko chciała częstowali ją białym proszkiem. A później zrobili dla niej jeszcze coś. Oduczyli ją. Uświadomili jej, że jest uzależniona i uleczyli ją. Byli cudowni. Zawsze będzie ich dobrze wspominać. Trochę dziwni, ale dobrzy ludzie. Dali jej tak wiele. Pozwolili jej ujrzeć lepszy świat. Z jednym tylko nie mieli racji. Gdy tylko ich opuściła, powróciła do nałogu. Znów wciągała i dobrze się bawiła. Dawała się zerżnąć za małą kreskę. Znała większość dilerów w okolicy, a oni znali ją i każdą jej dziurę.

Dziś wciągnęła po raz ostatni. Dziś postanowiła spróbować czegoś innego. Wejść na wyższy poziom.
Z kieszeni kurtki, którą rzuciła na piasek zanim weszła do wody wyciągnęła strzykawkę. Strzykawkę napełnioną przygotowanym specyfikiem.
Zanim wyszła z domu podgrzała na łyżce brązowy proszek o gorzkim smaku, który teraz był już gotowy by wypełnić jej żyły.
Spojrzała w górę na rozgwieżdżone niebo. Nie sprawiło jej to frajdy. Dla niej gwiazdy nigdy nie były czymś więcej niż tylko małymi świecącymi punkcikami. Nie rozumiała, jak można przesiadywać godzinami i im się przyglądać.

Podniecała ją myśl, że za chwilę doświadczy czegoś nowego. Była zadowolona jak małe dziecko, które tylko w niedziele dostaje cukierki… dla niej dzisiaj była niedziela. Nowość. Coś, czego nigdy wcześniej nie próbowała.
Podniecenie rosło.
Odłożyła strzykawkę i dotknęła się pomiędzy nogami. Było mokro. Włożyła do środka jeden palec, później dwa… coraz szybciej. Napełniła się przyjemnością. Najpierw ze względu na sam dotyk, a później mocniejszą, spowodowaną silnym orgazmem. Zajęczała głośno. Mogła jęczeć, nikt jej nie usłyszy. Więc zajęczała jeszcze raz, mimo iż przyjemność już się ulotniła. Swoboda. Wolność. Krzyknęła głośno i to jej się spodobało. Nie były to żadne konkretne słowa, krzyczała nie artykułując...

Odetchnęła z lekkiego zmęczenia.
Nadszedł czas.
Rękaw kurtki przy pomocy zębów, mocno przywiązała do ramienia. Jeszcze raz dla pewności pociągnęła. Nie było to wygodne, ale konieczne. Chciała dostrzec swoje żyły.
Nie wiedziała czy przygotowała odpowiednią dawkę heroiny. Nigdy nie miała styczności z tym specyfikiem. Miała nadzieję, że nie przesadziła. A nawet jeśli, to co?
Przecież nie umrę.
Odbezpieczyła igłę przymocowaną do strzykawki i wycelowała w najbardziej okazałą żyłę.
Wbiła i przycisnęła tłoczek.
Płyn wypełnił jej krwioobieg. Odłożyła strzykawkę i odrzuciła kurtkę.
Minęło zaledwie kilka sekund i heroina zaczęła działać. Jej źrenice zwęziły się tak bardzo, że pozostawały prawie niezauważalne.
Poczuła ogromną euforię, była szczęśliwa jak nigdy. Później fala senności.
Euforia zniknęła szybko. Za szybko. Nie wybuliła tyle kasy, żeby to trwało tak krótko.
Może coś zrobiła źle.
Senność narastała. Poczuła jak jej serce zwalnia.
Co się dzieje? Nigdy więcej.
Teraz dołączyły problemy ze złapaniem oddechu.
Dusiła się. Nie było tak jak myślała, że będzie. Było gorzej niż mogłaby się spodziewać.
Dopadła ją depresja oddechowa. Wiedziała, że przesadziła z dawką. Mogła wziąć mniej, wtedy byłoby dobrze. Byłoby tak, jak powinno być. Byłaby przyjemność…
Ale było tylko cierpienie.
Kobieta rzucała swoim ciałem, usilnie próbując złapać choć odrobinę życiodajnego gazu.
Nic z tego. Tlen nie dotarł do płuc.
Zmarła w męczarniach.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz