Rozdział 40


Poprzedni rozdział


Rzeszów, 7 listopada 2013r.
godz. 0.01


Podróż była dla Xaviera bardzo męcząca. Jechał za Łowczynią przez ponad pięć godzin. Musiała wiedzieć co robi, bo nie zapuściłaby się tak daleko bez wyraźnego tropu.
Wjechała na parking ekskluzywnego hotelu Grand, na którym widniały cztery złote gwiazdy.
Było już późno, dlatego zapewne postanowiła odpocząć przed dalszymi poszukiwaniami.
Zatrzymał swój samochód obok jej samochodu i w krok za nią wszedł do recepcji. Nie był przygotowany na nocleg poza swoim apartamentem, dlatego nie miał żadnych ubrań na zmianę, ale ona jak się okazało przewidziała taką ewentualność. Niosła sporą walizkę podróżną, która obijała się o łańcuchy przymocowane do jej spodni.
Wynajęła standardowy pokój i skierowała się w jego stronę. Uczynił to samo i powłócząc zmęczonymi nogami ruszył jej śladem.
Było schludnie i estetycznie. Wolałby spać w swoim łóżku, ale wyglądało na to, że tutaj też się wyśpi.
Zdjął marynarkę i zawiesił ją na wieszaku. To samo uczynił z resztą ubrań i wziął szybki prysznic.
Pukanie do drzwi.
Pośpiesznie założył hotelowy szlafrok i otworzył.
Przed nim stała Łowczyni. Wcześniej nie wyglądała najlepiej, ale teraz kiedy nie była ubrana na czarno i zdjęła te wszystkie łańcuchy… Metalowe wstawki na twarzy wydawały się ponętne. Odziana była jedynie w prześwitującą, czarną koszulę nocną. Na ugiętej lewej nodze i z opuszczoną w prawo głową opierała się o futrynę. Dostrzegł jej sterczące sutki i niewielką kępkę włosów łonowych.
- Mogę wejść? – zapytała ściszonym głosem.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Zaniemówił. Chciał ją wpuścić. Chciał usłyszeć, czego się dowiedziała. Dlaczego są w Rzeszowie? Czy to tutaj jest K? Czy to tutaj jest Sophie?
Wiedział jednak, czego chce Łowczyni. Wyglądała na wyzwoloną kobietę. Taką, która lubi seks. Chciała pójść z nim tej nocy do łóżka. Nie mógł tego zrobić. Miał Sophie. Kobietę, którą kochał i której zawsze był wierny.
Jeszcze raz zmierzył wzrokiem wyczekującą odpowiedzi Łowczynię.
- Więc jak będzie? – ponagliła zniecierpliwiona.
- Tak… - odsunął się, wpuszczając ją do środka.
Uśmiechnęła się i śmiało udała się prosto do łóżka. Z impetem rzuciła się na plecy i wyczekiwała jego ruchu.
- Posłuchaj. Mam kogoś i… - zaczął.
- Mnie to nie przeszkadza – odparowała.
- Ale mnie to przeszkadza – uśmiechnął się sympatycznie.
- To po cholerę mnie wpuściłeś? – zdenerwowała się i wstała.
- Poczekaj – złapał ją za rękę, aby nie wyszła.
Skorzystała z okazji i szybkim, zwinnym ruchem zbliżyła się do niego.
- Lubię władczych mężczyzn – spojrzała mu głęboko w oczy.
- Chciałbym wiedzieć na czym stoimy – zmienił temat. – Czy on jest tutaj? Jest w tym mieście?
- Odpowiem na każde twoje pytanie jeśli pomożesz mi się odprężyć – zawadiacko spojrzała lekko poniżej paska szlafroka, który miał na sobie.
- Nie mogę. Przepraszam.
Pchnęła go i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Stał jak wryty. Myślał. Musi się czegoś od niej dowiedzieć. Co, jeśli coś pójdzie nie tak? Co, jeśli coś stanie się Łowczyni? K jest niebezpieczny. Wtedy on nie będzie nic wiedział i sytuacja Sophie nie polepszy się. Ona powie mu tylko jeśli zdradzi swoją miłość. Ale jeśli jej nie zdradzi, może jej już nigdy nie zobaczyć.
Wyszedł z pokoju i zapukał do drzwi obok.
- Wiedziałam, że zmienisz zdanie – Łowczyni uśmiechnęła się, a drzwi zamknęły się za nimi.

Poranek tego dnia był wyjątkowo chłodny.
Xavier wstał wcześnie, aby nie przegapić wyjazdu Łowczyni.
W nocy dał jej przyjemność, ale sam nie wyciągnął z tego ani krzty rozkoszy. Stosunkiem z nią zapłacił za informacje o K. Zdradził Sophie, aby Łowczyni oznajmiła mu, że prawdopodobnie mężczyzna, który porwał jego kobietę jest w tym mieście. Prawdopodobnie depczą mu po piętach. Tylko tyle. Nic więcej. Tylko tyle ile sam się już domyślał. Był na siebie wściekły.

Wstała sporo po ósmej i ociągając się zjadła śniadanie a następnie wyszła na parking i przywitała się z Xavierem.
- Hej szczęściarzu! – przesłała mu pocałunek.
- Dlaczego jestem szczęściarzem? – zdziwił się.
- No jak to? – udała urażoną tym pytaniem. – Jesteś szczęściarzem, bo mnie przeleciałeś.
Wsiadła do swojego auta, a on do swojego.
Dwa samochody, jeden za drugim krążyły po mieście przez cztery godziny, aż wreszcie zatrzymały się w jednej z bocznych uliczek. Łowczyni wysiadła i spojrzała na Xaviera. Musiała zaczekać kilka sekund aż zrozumie, że chciała aby do niej dołączył.
Zgasił silnik i zbliżył się do niej.
- Pamiętasz obiekt numer dwa? – zapytała przybierając poważny wyraz twarzy.
- Trudno zapomnieć o tym, co przeczytałem.
- To tutaj – podsumowała.
- Tutaj co? – nie rozumiał o czym ona mówi.
- Stąd ją porwał.
- Skąd to wiesz? – ekscytacja faktem, że są już bardzo blisko wymalowała się na jego twarzy.
- Nie doceniasz mnie – odwróciła się w drugą stronę. – Tropię dla Stowarzyszenia. Nie jestem byle kim.
Miał gdzieś kim ona jest i dla kogo pracuje. Dla niego liczył się tylko efekt. Jedyne co było ważne, to odnaleźć Sophie i nie pozwolić jej zginąć. Reszta nie miała dla niego najmniejszego znaczenia.
- Co dalej? – jako laik w odnajdywaniu śladów nie miał pojęcia jak zbliżyć się do K jeszcze bardziej. Wiedzą skąd porwał drugą ofiarę, ale to było kilka lat temu.
- Dalej, proponuję abyś wrócił do auta i poczekał, aż znów poproszę byś tu przyszedł. Potrzebuję spokoju.
Tak też zrobił.
Łowczyni przez ponad godzinę stała w miejscu, odwracając się powoli wokół własnej osi. Uważnie przyjrzała się wszystkiemu dookoła. Jej analityczny umysł przetworzył dane zebrane z otoczenia. A chemiczne procesy myślowe, gdyby napędzały lokomotywę… byłaby to bardzo szybka maszyna.
Wreszcie się poruszyła. Wyciągnęła z samochodu tablet z szybkim procesorem i zaczęła poruszać palcem wskazującym prawej dłoni po jego wyświetlaczu.
Minęła kolejna godzina i Łowczyni najwyraźniej coś ustaliła.
Skinęła na niego ręką, a on jak posłuszny zwierzaczek podszedł do niej.
- Zatrzymał się dokładnie tam, gdzie stoi twój samochód – rozpoczęła wywód. – Odjechał w stronę, z której przyjechaliśmy. To zawęża pole poszukiwań. Mieszka gdzieś w lesie z dala od cywilizacji. Wydaje mi się, że ofiara mogła być przypadkowa. Mógł próbować wcześniej, ale mu się nie udało i porwał pierwszą kobietę jaka mu się napatoczyła.
- Skąd takie przypuszczenie?
- Czy ja ciebie pytam, komu sprzedajesz swoje wino? – odparowała z przekąsem. – Jednak długo zajmie nam przeszukanie całego terenu leśnego w promieniu powiedzmy osiemdziesięciu kilometrów. Musimy mieć coś jeszcze. Popytajmy w okolicy.
- Dobrze. Rozdzielmy się – chciał usprawnić poszukiwania.
- Nie! Zrobimy to razem i tylko ja będę się odzywała. Masz milczeć.
- Dla…? – nie dokończył.
- Wiem, co robię – odpowiedziała i dodała wzruszając ramionami. – Obserwuj mnie. Może się czegoś nauczysz. Zaimponujesz swojej kobiecie, gdy już ją odzyskasz.
Skąd wiedziała? Jak domyśliła się, że K porwał jego…? A może nie wiedziała. Może chodziło jej o coś zupełnie innego. Co miała na myśli? Zaniepokoił się.
- Odzyskam swoją kobietę…? – udał zdziwienie.
- Po co miałbyś ścigać tego wariata, gdyby nie chodziło o kogoś najbliższego? – zapytała retorycznie i ruszyła w stronę najbliższego budynku mieszkalnego. Przybrudzonej kamienicy z czerwonej cegły.
Uderzyła mocno ściśniętą w pięść dłonią w zamknięte na cztery spusty drzwi pierwszego mieszkania. Xaviera zdziwiło jej zachowanie. W ten sposób chce się czegoś dowiedzieć?  Chyba raczej powinna być grzeczna i miła.
Otworzyła im stara kobieta, która wyglądała na nałogową konsumentkę taniego alkoholu.
- Czego? – wrzasnęła w ich stronę.
- Porwanie! – odkrzyknęła Łowczyni. – Siedem lat temu!
Kobieta z trzęsącymi się dłońmi spojrzała na nią zaskoczona.
- Nic nie wie – Łowczyni mówiła do Xaviera nie zwracając już uwagi na kobietę.
- A więc to są twoje metody? – znów zaciekawił się Xavier. – Myślisz, że w ten sposób…?
- Słuchaj! Jeżeli coś ci się nie podoba, wróć do samochodu i na mnie zaczekaj! – wyglądała jakby wstąpiła w nią jakaś furia. Wczuła się w rolę.
Kolejne drzwi i znów krzyki Łowczyni… kolejne i to samo, jeszcze jedne i też bez efektu. Xavier zaczął tracić nadzieję.
Na pierwszym piętrze budynku Łowczyni znów powtórzyła całą szopkę. Walenie w drzwi… Brudny mężczyzna w wieku niewiele ponad dwudziestu lat.
- O co… - nie zdążył dokończyć.
- Porwanie! Siedem lat temu!
- Co?
- Ulica! Mężczyzna! Kobieta! – Łowczyni kontynuowała przedstawienie.
- Po co krzyczysz? Nie mam czasu… - zaczął zamykać drzwi, ale ona już wiedziała. Dostrzegła mikro-ruch na jego twarzy.
Kopnęła w drewnianą płytę z przymocowaną rozklekotaną klamką. Mężczyzna krzyknął z bólu, gdy drzwi uderzyły go w nos.
- Mamy to! – Łowczyni wiedziała na pewno, że ma ślad. – On coś wie Xavierze!
Weszła do mieszkania nie czekając na zaproszenie, a Xavier któremu nie pozostawiła wyboru zrobił to samo.
- Mów co wiesz! – krzyknęła w stronę mężczyzny, który kurczowo trzymał się za nos.
- Ty dzi… - pięść Łowczyni przecięła powietrze i wylądowała na zgruchotanym już wcześniej nosie. Mężczyzna przewrócił się, a ona usiadła na nim okrakiem unieruchamiając mu ręce.
- Dobra! Dobra! Powiem! – niedożywiony mężczyzna szybko się poddał. – Widziałem go! To było dawno. Widziałem jak porwał jakąś dziewczynę!
- Jak wyglądał? – włączył się Xavier.
- Nie wiem, było ciemno. Zwyczajny facet – krew z nosa wsiąkała w parkiet na podłodze.
- Coś rzuciło ci się w oczy? – Łowczyni ścisnęła mocniej jego ręce.
- Nie wiem. Nic – chciał złapać się za połamany nos, ale nie mógł. Ruszał głową z lewej na prawą. – Jeep!
- Jeep? – Xavier usłyszał kogoś na klatce schodowej i aby nie psuć chwili zamknął drzwi.
- Przyjechał tu Jeepem. Taką terenówką.
- Widzisz? Jak chcesz to możesz – Łowczyni podskoczyła i ponownie opadła na brzuch mężczyzny. Zabolało. W jednej chwili wypuścił z siebie całe powietrze. - Co jeszcze? Znasz go?
- Nie znam, ale… - próbował złapać oddech. – Ale widziałem go jeszcze raz. Później. Chyba.
- Gdzie? – Xavier zrozumiał, że metody Łowczyni są odpowiednie. Wiedziała co robi.
- W lesie… obok opuszczonej hali.

*

Wtedy tamten nie dostrzegł zerkających na niego z ciemności oczu. Jego oczu. Jego oczu, które zobaczyły coś, co skrywały przez siedem lat. Zobaczyły tamtego mężczyznę, który wysiada z Jeepa i próbuje porwać kobietę. Nie udaje mu się. Oślepia go gazem. Później podchodzi do niego inna, która chyba chce mu pomóc, a on rzuca się na nią jak zwierze. Usypia ją, a później pakuje do bagażnika i odjeżdża.
Pióro był znany w tej dzielnicy. Nie miał rozwiniętych mięśni, nie był mądry, nie był przystojny, ale handlował trawką. A trawkę palili tutaj prawie wszyscy. Każdy rozpoznałby go na ulicy, ale nikt nie znał skrywanego przez niego sekretu. Z nikim nie podzielił się tym, co wtedy zobaczył. Zatrzymał to dla siebie. Nie chciał narobić sobie problemów. Nie chciał, żeby policja zaczęła u niego węszyć. Nie chciał zemsty tamtego. Sekret prześladował go przynajmniej raz w tygodniu. Walczył z tym, tłumaczył sobie, że nie mógł nic zrobić. Później dochodził do wniosku, że jest już za późno i kobieta pewnie nie żyje, więc po co…
Dziś, gdy dzielił towar, ktoś mocno uderzył w drzwi jego mieszkania. Przestraszył się, że to policja i ukrył całą ususzoną, zieloną plantację pod dywanem.
Otworzył drzwi nie wiedząc, że za chwilę będzie zmuszony opowiedzieć obcym osobom o tym, co prześladowało go aż do dziś.
Ulżyło mu, że wreszcie to z siebie wyrzucił. Nie wiedział kim są nieznajomi i po co szukają tamtego, ale dzieląc się z nimi tamtą historią, poczuł ogromną…
Teraz Pióro zaznaczył na mapie miasta miejsce, gdzie po raz drugi zobaczył tamtego i wręczył ją ubranej na czarno kobiecie.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz