Rozdział 41


Poprzedni rozdział


Okolice Rzeszowa, 7 listopada 2013r.
godz. 17.25


W niewielkim pomieszczeniu przeznaczonym na salę kinową panowała ciemność, którą rozświetlał jedynie jasny promień wyrzucany przez projektor. Dziesięciogodzinny seans dobiegał końca. Czuła się zmęczona. To już drugi dzień tych męczarni. Jej oczy zaczerwieniły się i piekły niemiłosiernie.
Kostka siedziała na krześle, oczywiście unieruchomiona. Do głowy przyczepiono jej metalową klatkę, która podtrzymywała jej powieki. Podtrzymywała tak, aby nie mogły opaść. Klatkę, którą jak jej się wydawało wykorzystał już wcześniej na kimś innym, bo nosiła ślady wielokrotnego użytkowania.
Przed nią rozciągnięto biały ekran projekcyjny, który oślepiał ją światłem odbitym.
Strumień światła, padający zza niej malował na ekranie różne przerażające sceny, które przeplatały się z obrazami łąki, nieba, na którym poruszają się małe cirrusy, uśmiechniętych dzieci…
Te momenty lubiła, bo przynosiły jej ulgę. Takie klatki filmu były przyjemną odmianą po tych, które pojawiały się częściej. Po zdjęciach z wojen, z miejsc zbrodni, z ustawek kiboli, a nawet takich gdzie obdzierano ze skóry żywe zwierzęta…
Zobaczyła już tak wiele zła. Wydawało jej się, że wszędzie dookoła niej są czarne macki, które zbliżają się do niej… które chcą ją…
K pojawiał się sam albo przysyłał Annę. Zawsze o równej godzinie zjawiało się jedno z nich. Karmili ją i wciskali kilka kropel płynu nawilżającego śluzówkę oka.
Nie było trudno domyślić się, po co to robią. Po co zaciągają ją w to miejsce i karzą oglądać migające przed oczami obrazy. Obrazy, które przez pierwsze trzy godziny zmieniają się dosyć wolno, aby pod koniec dnia przemykać prawie niepostrzeżenie w ułamkach sekund. Chcieli wyprać jej mózg.
K wpadł na kolejny inteligentny pomysł. Pomyślała z niesmakiem.  Dobrze przynajmniej, że nie zrobił mi tego co Sophie.
Na ekranie pojawiła się twarz dziecka… obok niej penis mężczyzny… scena miała przedstawiać pedofila. Kolejna, obrzydliwa strona świata. Na szczęście po tylu godzinach przymusowego wpatrywania się w te okropności, Kostka nie rozumiała już do końca co widzi. Jej mózg zmęczył się. Skupiała się jedynie na tym, jak płoną jej oczy… płoną… czuła jak jakaś szalona akupunkturzystka nakłuwa je setkami małych igiełek.
Od dwóch dni i od dwóch nieprzyjemnych seansów, Kostka ani raz nie pomyślała o towarzyszce niedoli. Nie pomyślała o Sophie. Była jej coś winna, ale nie miała… nie mogła poświęcać uwagi na kogoś, komu i tak nie jest w stanie pomóc. Miała wystarczająco wiele własnych zmartwień.
Gdy nadeszła chwila, na którą czekała, o którą się modliła, nie ucieszyła się… W innym wypadku skoczyłaby z radości, ale teraz była przywiązana, a jej zmęczony umysł nie przyswoił ostatniego z wyświetlonych dziś obrazów. Obrazu, który głosił: THE END.
Chwilę później do osobliwego kina wszedł K i uwolnił Kostkę. Nie wstała. Nie wiedziała, że ma wstać. Nie wiedziała, że jest Tamarą Kostecką. Nie wiedziała, że została uprowadzona. Nie wiedziała nic. Nie myślała. Nie docierała do niej większość bodźców z zewnątrz. Gdyby myślała, wiedziałaby, że jej mózg prawie się usmażył. Wiedziałaby, że jeszcze kilka takich sesji i jej mózg zmieni się nieodwracalnie… ale nie myślała. Tępo wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.
Pomógł jej wstać i zabrał ją do pokoju z łóżkiem. Nie zasnęła od razu. Jej oczy spoglądały w sufit bez żadnej emocji. Leżała i patrzyła.

Uradowana Anna kroczyła śmiało wzdłuż korytarza. Chciała je zabić, ale to też nie było złe. W innym przypadku może by porozmawiała z K i wytłumaczyła mu, że takie traktowanie obiektu nie ma sensu, że to nie pomoże, że nie tędy droga… ale chodziło przecież o kobietę, która spiskowała przeciwko niej. Bardzo dobrze. Niech ogląda te filmy i przeistacza się w warzywo. Zanuciła pod nosem jakąś wesołą melodyjkę i weszła do pokoju w którym przebywała Sophie.
Nie odezwała się ani słowem tylko podeszła do niej i spojrzała na jej okaleczoną twarz. Ich oczy spotkały się na długą chwilę.
- Czego chcesz – wymamrotała opadnięta z sił Sophie.
- Przyszłam się z tobą pożegnać – wyszeptała jej do pozbawionego małżowiny ucha. – K zdecydował, że umrzesz. To twoje ostatnie chwile – kłamała. Nic takiego nie miało miejsca. K chciał utrzymać ją przy życiu jak najdłużej. Miał do niej jakiś dziwny sentyment. Gdyby na jej miejscu była inna kobieta… Nie był cierpliwy, ale przy niej było inaczej. Dlaczego w jej przypadku starał się bardziej? Dlaczego dawał jej kolejną szansę… i jeszcze jedną… i jeszcze? Anna zazdrościła Sophie uwagi, którą poświęca jej K. To ona miała być jego pupilką, a powoli stawało się inaczej. To ona pojęła wszystko to, co on chciał przekazać światu, nie ta głupia pozbawiona twarzy… Skłamała, bo wiedziała, że przy najbliższej wizycie K, Sophie przerażona perspektywą nieuniknionej śmierci zrobi coś głupiego, a to go zdenerwuje. Małymi kroczkami… małymi kroczkami do celu. Pomyślała. Musi pozbyć się z ich życia nowotworu, który niszczy to, co razem stworzyli… to, co razem tworzą. Musi za wszelką cenę pozbyć się Sophie. Intrygę czas zacząć.
- K przygotowuje się do zabicia cię – znów szeptała. – Nie umrzesz szybko i bezboleśnie. To będzie powolne i znów poczujesz to, co czułaś gdy obdzierał cię z człowieczeństwa. Poczujesz ból – zachichotała.
Sophie nic nie odpowiedziała tylko leżała bez ruchu. Sparaliżowana tym, co właśnie usłyszała.
Wychodząc Anna zgasiła światło i zostawiła swoją rozmówczynię w nieprzeniknionych ciemnościach.

Łowczyni czuła się w lesie jak w domu. Lubiła przechadzać się z dala od ludzi… samotnie. Lubiła gdy słońce świeci wysoko i nagrzewa powietrze, a wiatr wieje, lecz nie smaga jej nagich ramion… drzewa chronią ją przed chłodem, a liście falują i szeleszczą.
Ale nie było ciepło a liście dawno opadły. Zachmurzenie całkowite. Śnieg prószył, a przy każdym oddechu, z ust unosiła się para.
Zaparkowała samochód kilkadziesiąt metrów dalej i poruszała się na piechotę. Nie chciała zwracać na siebie uwagi.
- Jesteśmy – powiedziała do idącego obok Xaviera, gdy jej oczom ukazał się stary budynek.
Nic nie odpowiedział. Patrzył przed siebie jak zahipnotyzowany. Budynek był opuszczonym magazynem. To tu? Zapytał sam siebie. K mieszka w magazynie? To wydawało mu się niedorzeczne. Może gdzieś tam z drugiej strony jest jakiś niewidoczny stąd dom.
Obeszli całość szerokim łukiem i nic. Żadnego innego budynku prócz tego na który patrzyli.
- Magazyn? – zerknął pytająco na Łowczynię.
- Na to wychodzi Xavierze – nie odwzajemniła spojrzenia. Nie interesowały jej jego wątpliwości. Ważny był efekt, a ona była pewna, że się nie pomyliła. Wyciągnęła telefon komórkowy i zadzwoniła.
- Łowczyni – powiedziała i podała długość i szerokość geograficzną na której się znajdowali. – Mściciel pojawi się tutaj szybciej, niż ci się wydaje – teraz zwracała się do Xaviera.
- Muszę się tam dostać – oznajmił i ruszył do przodu.
Nie spodziewała się takiego zachowania z jego strony. Był w gorącej wodzie kąpany i mógł przez to wszystko spieprzyć. Chciała go powstrzymać, ale spóźniła się z reakcją. Xavier biegł w stronę magazynu.

Musiał działać szybko. Musiał uratować Sophie jeżeli tam jest, zanim zjawi się osławiony Mściciel. Dobiegł do budynku i przywarł plecami do ściany. Wielki magazyn z daleka nie wydawał się mieć aż takich rozmiarów. Posuwał się wzdłuż niego, aż dotarł do sporych drzwi. Mimo iż budynek był stary, łańcuch i kłódka blokujące wejście do środka wyglądały jakby dopiero co wyjechały z linii produkcyjnej.
Machnął w stronę Łowczyni, a ta kiwając z dezaprobaty głową, podeszła.
- Możesz to otworzyć? – spojrzał na kłódkę.
- To kłódka na szyfr. Jest dziesięć tysięcy kombinacji – udała rozczarowaną, a później uśmiechnęła się. – Pewnie, że mogę to otworzyć, ale tego nie zrobię.
- Będziesz musiała – pierwszy raz widziała tak złowrogie spojrzenie. Mężczyzna, z którym tu przyjechała w jednej chwili przeistoczył się w kogoś zupełnie innego. – Masz to otworzyć! – mówiąc to wyciągnął broń. Beretta dziewięć milimetrów została wycelowana prosto w głowę Łowczyni.
- Nie masz pojęcia co czynisz – powiedziała i zajęła się rozszyfrowaniem kodu.
- Daję ci pięć minut – dotknął lufą jej skroni.
- Nie zdążę. Mogę to zrobić, ale potrzebuję więcej czasu.
- Nie mydl mi oczu. Wiem, że potrafisz to zrobić. Jesteś bardzo zdolna, a my nie mamy czasu. Użyj wszystkich swoich zdolności…
- Wszystkich to może nie… - powiedziała, a kłódka ustąpiła.
- Dziękuję i przepraszam – rzucił w jej stronę.
- Przepraszasz za co? – spodziewała się najgorszego. Chciała spojrzeć na niego, ale nie zdążyła. Beretta szybkim, zwinnym ruchem uniosła się w górę a później opadła w dół uderzając mocno w kość skroniową jej czaszki.
Osunęła się na ziemię, a Xavier krótkim skokiem przefrunął nad nią i wszedł do magazynu.
Pusta hala. Mnóstwo solidnych, nawet po dekadach, słupów podtrzymujących dziurawy dach. Kilka niepotrzebnych nikomu rupieci. Brud i kurz. Powybijane okna kilka metrów nad nim wpuszczały światło dzienne. Nic.
Pomyliła się. Łowczyni się pomyliła, a on pospieszył się i ją ogłuszył. Nie będzie chciała podjąć kolejnego tropu na jego zlecenie. W jego głowie widniał obraz ukochanej Sophie, której nie pomoże. Wrzasnął z całych sił, ale odpowiedziało mu tylko echo.

Gdyby nie to, że właśnie wybierał się do miasta nic by nie usłyszał. Cofnął się i ponownie ukrył wjazd do garażu pod spreparowaną na tę okoliczność dechą upiększoną suchymi liśćmi.
Kto tu był? Nie dowierzał. Prócz grzybiarzy nikt nie zapuszczał się w te strony. Wszyscy zapomnieli o magazynie. Raz tylko zjawił się tutaj ten chudzielec i chciał stworzyć małą plantację trawki, ale wybił mu ten pomysł z głowy. Nigdy więcej nie wrócił. Kim był krzyczący nieznajomy?
K czekał piętnaście minut nim tamten zdecydował się wyjść z hali.
- Xavier – powiedział sam do siebie. A w jego oczach wymalowało się podniecenie pomieszane z niewielką dawką strachu.
Xavier odnalazł go. Pewnie chciał ratować swoją Sophie. Nic z tego Xavierze. W jego umyśle narodziło się nowe uczucie. Swego rodzaju podziw dla Xaviera, który aż tak bardzo starał się ocalić swoją kobietę.
Widział jak Xavier odchodzi, a później słyszał jak odpala silnik samochodu.
- Za mało wytrwałości Xavierze, za mało wytrwałości… - powiedział i czekał jeszcze chwilę, aby upewnić się, że tamten na pewno odjechał.
Nie odjechał. Przestawił samochód i wrócił. Wrócił i ukrył się za jednym z pni. Co ty kombinujesz Xavierze. K uświadomił sobie, że tamten patrzy w jedno miejsce. Obserwuje coś. Spojrzał tam i przez chwilę nic nie dostrzegał, a później kobieta podniosła się z ziemi i zataczając się zaczęła się oddalać.
- Co tu się dzieje? – pytał sam siebie K, który nie spuszczał wzroku z Xaviera, który nie spuszczał wzroku z Łowczyni.
Później K przeraził się, gdy zobaczył kolejną osobę.

*

Xavier postanowił znów śledzić Łowczynię. Może Stowarzyszenie nie przestanie szukać K, mimo iż tak ją potraktował. Co mu strzeliło do głowy, że zrobił to co zrobił? Jedyna szansa w tym, że Łowczyni się nie zniechęci. Lepiej jednak, aby nie było go w pobliżu. Niech skupi się na swoim zadaniu i tym razem wykona je tak jak należy.
Przestawił samochód, aby myślała, że odjechał i obserwował ją z ukrycia.
Podeszła do swojego samochodu i oparła się o maskę. Wyciągnęła paczkę mocnych papierosów i odpaliła jednego. Nim wypuściła do końca pierwszą mgiełkę, obok niej pojawił się wielki mężczyzna niosący dużą torbę. Nie przestraszyła się. Zamieniła z nim kilka słów i odjechała.
Mściciel. Pomyślał Xavier. Czemu go nie odwołała skoro zdążyła się domyśleć, że to nie to miejsce?
Wielki mężczyzna wyglądający na Rosjanina ruszył z wolna do przodu. Nie zwracał uwagi na niewielkie gałęzie, które sterczały na jego drodze. Nie zastawiał się i nie starał się ich odsunąć. Po prostu szedł. Wielki, umięśniony, długowłosy, ubrany w barwy moro czołg, sunął przed siebie trzymając w swojej wielkiej łapie czarną, wypchaną czymś, wyglądającą na ciężką torbę.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz