Rozdział 42


Poprzedni rozdział


Warszawa, 1 maja 2012r.
godz. 10.09


Barwny pochód przeszedł ulicą. Znaleźli się tutaj reprezentanci wielu grup. Byli politycy, geje i lesbijki, dzieci z wymalowanymi na policzkach flagami, kombatanci wojenni i zwykli szarzy obywatele. Podziały między nimi nie miały dzisiaj znaczenia. Dzisiaj świętowali. Nie było to huczne jak karnawał w Rio, ani nawet różnorodne jak przeciętny fest w Bawarii. W większości przypadków nikt nie odróżniłby kibola od mężczyzny, który szczyci się, że jego piękna flaga jest w kolorach tęczy.
Nie było urozmaiceń i nie było ciekawie. W tym marszu każdy człowiek stawał się idącą kukłą, która robi coś bo inni tak robią, albo robi to, bo tak wypada, bo to takie doniosłe przedefilować przez miasto w tym wspaniałym dniu. W to wspaniałe święto. Międzynarodowe Święto Pracy.

Kruchy, czterdziestoletni mężczyzna odłączył się od sunącej do przodu masy. Przeszedł jedną z bocznych ulic i znalazł się przed piętnastopiętrowym budynkiem, w którym mieszkał. Nigdy nie grał pierwszych skrzypiec… w niczym. Dzisiaj to miało się zmienić. Dzisiaj, mężczyzna miał stać się gwiazdą jutrzejszych wiadomości.
Zatrzymał się i wyciągnął telefon. Chciał zadzwonić do syna, który wraz z kolegami zniknął w tłumie. Chciał mu powiedzieć, żeby na siebie uważał. Odczekał kilka chwil, ale chłopiec najwyraźniej nie słyszał i nie odebrał. Wysłał mu więc krótką wiadomość tekstową.
Teraz mógł już spokojnie udać się do mieszkania i zdrzemnąć póki jego żona nie przygotuje pierwszomajowego obiadu.
Schował telefon i energicznie zebrał się do dalszej drogi.
Nagle znieruchomiał, gdy przed nim przeleciało coś dużego. Coś spadło z góry i roztrzaskało się na chodniku przed nim. Gdyby bardziej się pospieszył, to walnęłoby w niego. Nie przeżyłby. Szczęście od Boga. Pomyślał głęboko religijny katolik, wychowujący syna w wierze kościoła. Chwała ci Chryste.
- Chwała ci Matko Przenajświętsza! – przerażony sytuacją wypowiedział te słowa prawie automatycznie jak mantrę i spojrzał w niebiosa.
Spojrzał tylko na chwilę. Zaledwie kilka sekund po tym jak pierwsze ciało roztrzaskało się o krok przed nim, drugie nadleciało prosto w niego.
Patrząc w górę przykładny katolik dostrzegł nadlatującą w jego stronę twarz. Nie rozróżnił jej, nie wiedział czy twarz należała do kobiety czy do mężczyzny… jedyne co zobaczył to wyraz ogromnego przerażenia.
Drugie ciało uderzyło w niego, ale nic nie poczuł. To trwało tak szybko. Jego pogruchotane kości przykrywały inne pogruchotane kości, a obok nich leżały jeszcze jedne. Powykręcane nienaturalnie członki drgnęły po raz ostatni.
Kobieta, która przechodziła obok uniosła głos i zaczęła z przerażeniem wzywać pomocy.

*

Z dachu wysokiego budynku widać było prawie całą Warszawę.
Inga delektowała się tym widokiem. Wiedziała, co za chwilę zrobi, wiedziała, że to ostatnie chwile jej życia. Nie była smutna, nie była przejęta… Cieszyła się, że jej egzystencja rozwinęła się do punktu, do którego większość ludzi nigdy nie dotrze.
Spojrzała w lewo i oślepiły ją promienie słońca. Przymrużyła oczy i zobaczyła sylwetkę kobiety, którą poznała miesiąc temu na basenie. Podeszła do niej wtedy lekko zawstydzona i niepewna.  Podeszła, bo tamta wynurzyła się z wody, ukazując ramię z wytatuowanym krukiem. Takim samym jakiego miała ona. Spotkanie obiektu dziesięć i jedenaście nie pozostało bez echa. Kobiety umówiły się na następny dzień i zaprzyjaźniły. Miały mnóstwo wspólnych tematów.
Później…
Nie pamiętała już teraz, która z nich wyszła z tą inicjatywą, ustaliły, że razem zrobią to, co wydawało się nieuniknione. Popełnią samobójstwo. Dla tamtej było obojętne w jaki sposób to zrobią. Niczego się nie bała. Lecz Inga nie była tak odważna. Nie chciała czuć bólu, nie chciała długo się męczyć, zanim nadejdzie wieczny odpoczynek. Chciała zrobić to szybko i pewnie. Tak też doszły do wniosku, że najlepiej będzie skoczyć z jakiegoś wysokiego budynku i właśnie na takim się teraz znajdowały.
Inga przysiadła i odezwała się do drugiej kobiety zadowolonym głosem.
- Nie będzie ci żal? – zapytała.
- Żal to pojęcie względne, jak nauczał K – odpowiedziała druga kobieta i obie wybuchły stłumionym śmiechem.
Spojrzały w dal i znów przemówiła Inga.
- Myślisz, że to dobre wyjście? Zabić się?
- Wiele razy o tym rozmawiałyśmy – spokojnie odpowiedziała druga kobieta.
- Boję się – Inga spojrzała na nią.
- Jeśli chcesz, możemy przeanalizować to jeszcze raz.
- Nie wiem… nie dojdziemy do niczego nowego – na jej twarzy wymalowała się wątpliwość.
- Co nam szkodzi… - powiedziała czule druga kobieta i podeszła do siedzącej Ingi. Usiadła obok niej i przytuliła ją do piersi. – Człowiek jest istotą biologiczną – zaczęła. – Człowiek jest zwierzęciem, któremu bardziej niż innym rozwinął się mózg. Mózg, który jest narządem jak serce, czy płuca. Narządem, który ma pomagać w przetrwaniu – pauza. – Organizmy ewoluują od milionów lat, doskonaląc się. Aktualnie na szczycie drabiny ewolucji jest człowiek, ale za kolejne tysiące lat, będzie już ktoś lub coś innego. Ewolucja trwa. Nie ma Boga. Nie ma życia po śmierci. Człowiek, któremu wytworzył się wspomniany mózg, nie potrafi sobie z nim poradzić. Bombardują go różne bodźce. Niedoskonały mózg nie radzi sobie z nimi i aby wyjaśnić sobie powstanie człowieka, Ziemi, Wszechświata, tworzy wizję Boga, nadprzyrodzonej istoty, potężnej istoty, która jest sprawcą wszystkiego. Takie rozwiązanie jest wystarczająco dobrze przyswajalne dla człowieka i dlatego rozprzestrzeniło się na cały świat.
- Brzmi logicznie – wyszeptała przerażona perspektywą skoku z wysokości Inga i mocniej wtuliła się w ramiona drugiej kobiety.
- Dalej możemy podzielić człowieka na mniejsze cząstki. Tak więc człowiek, jak i wszystko dookoła niego, składa się z malutkich cząsteczek… człowiek składa się z materii, tak jak wszystko, co nas otacza. Materia jest wszędzie. Ludzie, zwierzęta, samoloty, budynki, rośliny… wszystko tworzy jedną całość. Wszystko to i wiele więcej wchodzi w skład jednego wielkiego organizmu. Po naszej śmierci zakopią nasze zwłoki, a na nich wyrośnie kwiatek, który będzie zawierał w sobie nasze cząsteczki. Wszystko jest jednością. Moglibyśmy pójść dalej… na przykład w stronę fizyki kwantowej… przeskakiwania cząsteczek… dajmy na to teorii, która mówi, że jakaś mała cząstka naszego ciała może w jednej chwili przeskoczyć w jakieś dalekie miejsce we wszechświecie… ale po co o tym mówić? Ja nie do końca to rozumiem. Lepiej skupmy się na tym co nam bliższe – pogłaskała Ingę po głowie. – Skoro jesteśmy jednością z wszystkim co nas otacza, to można powiedzieć, że nie umrzemy nigdy. Nie będziemy po prostu świadomi istnienia. Nic w przyrodzie nie ginie, więc żadna część nas nie zniknie, zmieni tylko formę.
- A dusza? – zapytała Inga.
- No proszę cię słoneczko. Nie mówmy o wymyśle głupich ludzi – oburzyła się i wróciła do swojego wywodu. – Nie ma nieba i nie ma Boga. Życie więc nie ma sensu. No bo jaki?
- No jaki? – zapytała naiwnie Inga.
- No żaden. Nie ma sensu egzystencji. Człowiek rodzi się, żyje, płodzi potomstwo, bo tak jest biologicznie zaprogramowany i umiera. Nie istnieje. Nie jest niczego świadomy. To jak komputer, który oblicza jakieś skomplikowane równania, a gdy go wyłączymy nie pamięta, co robił, gdy działał. Nasza świadomość się wyłącza i koniec. Nie jesteśmy świadomi tego, co robiliśmy żyjąc. Nie wiemy o tym, czy byliśmy dobrzy czy źli. Nie wiemy czy było nam dobrze, czy źle. Nie wiemy czy byliśmy bogaci, czy biedni. Czy byliśmy pełno - czy niepełnosprawni. Nie wiemy czy ktoś nas kochał i czy my kochaliśmy kogoś, czy nie. Nic nie wiemy. Dlatego wszystko to, co robimy teraz nie ma najmniejszego znaczenia i nigdy nie będzie go miało. Nie spotkamy się na sądzie ostatecznym i nikt nie położy naszej duszy na wadze i nie będzie nas oceniał. Nie będzie niczego. To, co wydarzy się tutaj, nie ma znaczenia. Jeżeli zadamy komuś ból, będzie go bolało, ale w ostatecznym rozrachunku ani nas ani jego to nie obejdzie, bo świadomość każdego z nas się prędzej czy później wyłączy.
- Ładnie to powiedziałaś – odezwała się Inga, która po słowach drugiej kobiety uspokoiła emocje. Teraz była już pewna tak jak wcześniej. Była pewna, że chce tego…
- Dziękuję. No więc skoro nic nie ma znaczenia czy sensu, to czy będziemy żyły dłużej czy nie, również go nie ma. Tak więc każdy nasz wybór będzie dobry. Nie ma złych wyborów. Są tylko łatwiejsze i trudniejsze do podjęcia przez nasze niedoskonałe umysły – ucałowała Ingę w policzek. – Czy teraz lepiej?
- O tak. Teraz dużo lepiej.
- Powinnyśmy jakoś podziękować K, za to że nauczył nas tego wszystkiego. Szkoda, że nie będzie już okazji ku temu – wstała i wyciągnęła rękę do Ingi. Schwyciła ją i pomogła wstać.
Zbliżyły się do krawędzi dachu.
- Cieszę się, że jesteś tu ze mną i w ogóle, że cię poznałam – powiedziała Inga starając się nie patrzeć w dół.
- Ja też się cieszę, że nie muszę robić tego sama.
- Myślisz, że nikt po nas nie zapłacze?
- Myślę, że wielu z naszych bliskich przejdzie przez piekło przez nasz, że się tak wyrażę, wyskok – znów wybuchły śmiechem. – Jednak nie będzie to miało dla nich znaczenia… w rozrachunku końcowym ma się rozumieć.
- Jestem gotowa – śmiało powiedziała Inga.
Druga kobieta ponownie ją przytuliła.
Teraz znów stały wyprostowane, gotowe do skoku, zwrócone twarzą w stronę nieznanego.
Druga kobieta wyciągnęła rękę, którą schwyciła Inga. Chciały zrobić to razem. Czuły się odważniejsze stykając się dłońmi.
- Żyło mi się nie najgorzej – powiedziała na koniec druga kobieta i zrobiła krok do przodu.
Inga przestraszyła się w ostatniej chwili i puściła dłoń drugiej kobiety, która nabierała prędkości lecąc w dół. Jednak zanim tamta połączyła się z chodnikiem Inga zamknęła oczy i podążyła za nią.
Spadała.
To były ostatnie sekundy jej życia, lecz nie zobaczyła fragmentów... Nie zobaczyła najlepszych urywków z jej przygody na tym świecie. Spodziewała się tego, ale to nie nastąpiło.
Spadała.
Jej myśli nie tworzyły nic konkretnego. Żadnego obrazu, żadnego dźwięku. Nic.
Spadała i czuła lęk.
To nie trwało długo. To była chwila.
Spadała prosto na jakiegoś mężczyznę, jednak nie była tego świadoma.
Spadała i wreszcie uderzyła.
Jej czaszka strzeliła. Kości… roztrzaskały się. Krew roztrysnęła się.
Kobieta, gdzieś nieopodal, krzyknęła z przerażenia, ale ona już tego nie usłyszała.
Ona nie była już świadoma niczego.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz