Rozdział 43


Poprzedni rozdział


Okolice Rzeszowa, 7 listopada 2013r.
godz. 20.13


Zapadł zmrok i Xavier z trudem widział zarys sylwetki wielkiego ludzkiego czołgu. Czaił się za drzewem i obserwował jak tamten stoi w połowie drogi między nim a opuszczonym magazynem w lesie. Rzucił na ziemię ciężką, czarną torbę, którą przytachał ze sobą i przez jakiś czas wpatrywał się tępo w budynek. Później przykucnął i zaczął wyjmować z torby jakieś przedmioty. Mniejsze… później większe.
Najwyraźniej był już do czegoś gotowy, bo stanął na równych nogach i założył duży przedmiot na ramię, a małe poutykał gdzieś przy pasku podtrzymującym jego spodnie moro.
Xavier nie wiedział co to ma znaczyć, aż najprawdopodobniej Rosjanin złapał za duży przedmiot i poruszył jakimś jego elementem. Czynność ta wydała charakterystyczny dźwięk. Xavier znał ten dźwięk. Dźwięk przeładowywanej broni.
Teraz już wiedział. Tamten szykował się do natarcia. Dużym przedmiotem zawieszonym na ramieniu była jakaś broń. Biorąc pod uwagę, że mięśniak wyglądał na pochodzącego z Syberii niedźwiedzia oraz na rozmiar broni, karabin mógł być dziełem Kałasznikowa. Czym były małe przedmioty, które tamten przypiął sobie do paska? Zapasowe magazynki? Granaty?
Niech niszczy ile chce. Pomyślał Xavier. Nikogo tam nie ma. Coś jednak podpowiadało mu, aby poczekać i zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja.
Mściciel ruszył. Zbliżył się do drzwi budynku, a później zniknął w środku wielkiej, pustej hali.

*

Mściciel należał do Stowarzyszenia, które nie werbuje głupich, ale umięśnionych i wytrenowanych bandziorów. Miał swój rozum. Nie zniechęcił się, gdy wszedł do budynku, który okazał się pusty. Był wręcz pewien, że tak będzie. Właśnie tego się spodziewał. Ktoś taki jak K, o którym tyle słyszał nie dałby się tak łatwo schwytać byle komu. Ale on nie był byle kim.
Zajęło mu trochę czasu bezszelestne dostanie się do kompleksu, w którym mieszkał tajemniczy K.
Teraz szedł ciemnym korytarzem z wystawioną przed siebie bronią, gotową za jednym pociągnięciem spustu opróżnić cały magazynek.
K musiał gdzieś tu być. Znajdzie go i zabije, a później wysadzi w powietrze całą tę budę. Mściciel nie miał uczuć. Nie był wrażliwym żołnierzem, który na wojnie oszczędza kobiety i dzieci. Dla niego nie miało znaczenia kim jest cel. Ważne żeby wykonać zadanie.
Poruszał się cicho i powoli. Najpierw rozeznanie terenu, a później demolka. Zbliżył się do pierwszych drzwi i lekko pchnął. W pokoju panowała ciemność. Odrzucił do tyłu długie włosy, które opadały poniżej jego barków i wytężył wzrok.
Ktoś na niego patrzył. Jakieś oczy spoglądały na niego ze strachem. Wyjął latarkę i poświecił. Ujrzał scenę, która przeraziłaby niejednego, ale nie jego. On przywykł do takich widoków.
Do łóżka przywiązana była… Jedynie po wypukłości na klatce piersiowej poznał, że to kobieta. Nie miała twarzy i nosa. Nie krzyczała, tylko patrzyła.
Postanowił zabić ją na końcu. Nie jest niebezpieczna, a on dopiero się tu zjawił. Nie wiedział, ile osób się tu znajduje. Nie chciał stracić przewagi w postaci zaskoczenia.
Poszedł dalej. Następny pokój. Kolejna kobieta. Ta w przeciwieństwie do poprzedniej nie była unieruchomiona, ale mimo to nie poruszała się. Gapiła się w sufit i nie zauważała jego obecności.
Nieźle się bawisz, K. Pomyślał Mściciel.
Korytarz przed nim ciągnął się jeszcze daleko. I nagle z jakiegoś pomieszczenia wyłoniła się postać młodej dziewczyny. Na początku go nie zauważyła.
Przygotował się do oddania strzału.

*

Anna odwróciła się i stanęła jak wryta. Przed nią stał jakiś olbrzym z długimi włosami, który do niej celował. Zamarła. Jak on tu…? Kim…? Czego…? Nie mogła zebrać myśli. Nigdy wcześniej nie widziała tutaj żadnego mężczyzny poza K. Tym bardziej mężczyzny, który trzymał broń gotową do oddania celnego strzału.
Zrobiła krok do tyłu, a on poruszył bronią. Znów zamarła, czując lęk przed śmiercią. Chciała krzyknąć, ale wiedziała, że gdy tylko to zrobi, umrze. To dzisiaj? Tutaj? To dzisiaj, tutaj miała pożegnać się z tym światem? Nie chciała tego. Jeszcze nie czas. Nie teraz. Miała jeszcze tyle do zrobienie. Nie chciała zostawić K samego. Pokochała go jak ojca i jak obiekt niespełnionego pożądania. Nie chciała, aby sam musiał walczyć o sprawę. Chciała go dalej wspierać. Być przy nim, gdy będzie zmieniał świat na lepsze. Mściciel zbliżył się do niej. Jej ciało przeszły ciarki. Zadrżała.
- Ile osób tu jest? – wycharczał grubym głosem olbrzym z wschodnim akcentem.
- Ja… ja jestem… - Anna nie panowała nad lękiem.
- Ile osób tu jest? – powtórzył mężczyzna głośniej niż poprzednio.
- Kilka… - nie to, że nie chciała zdradzić mu innych, którzy się tu znajdowali, ale zwyczajnie nie potrafiła skupić myśli i policzyć.
Mściciel nie miał ochoty czekać dłużej na odpowiedź. W przeciwieństwie do poprzednich kobiet, które tu spotkał ta mogła narobić szkód. Była świadoma i nie uwięziona. Musiał ją zabić zanim pójdzie dalej. Niech więc zacznie się jatka!
Był gotowy oddać strzał, gdy z drzwi przeciwległych do tych, z których wyszła Anna szybkim krokiem wynurzył się K. Stanął na linii ognia i z poważną miną spojrzał na Mściciela.
- Jesteś K? – wycharczał mężczyzna z długimi włosami.
- Tak, to ja – spokojnie odpowiedział K. – Zapewne przysłało cię Stowarzyszenie. Muszę cię zmartwić, ale nie możesz mi nic zrobić.
Mściciel, któremu kosmyk włosów opadł na twarz zakrywając prawe oko, stał niewzruszenie przysłuchując się temu co tamten ma do powiedzenia.
K nie powiedział już nic więcej tylko wyciągnął w jego stronę lewą dłoń, którą przed chwilą przyozdobił w złoty sygnet. Sygnet z wygrawerowaną…
- Gwiazda chaosu. Skąd to masz? – znów charczenie.
Mściciel czekał chwilę na odpowiedź, ale wiedział, że jej nie usłyszy. Wiedział, że gdy ktoś pokazuje mu ten pierścień, ma się po prostu oddalić. Nie może zrobić nic temu, kto ma na swojej dłoni ów sygnet.
Zawrócił i bez słowa… bez niszczenia… rozwalania… demolowania, chciał się oddalić.
- Jeszcze jedno – K zwrócił się do Mściciela. – Na zewnątrz jest pewien mężczyzna, który obserwuje mnie i ciebie – zawahał się. – Zrób z nim co zechcesz – nie miał zamiaru robić krzywdy Xavierowi, ale teraz, w tych okolicznościach nie było innej możliwości. Był zbyt blisko. Chciał go powstrzymać. Musiał umrzeć.

*

Według zegarka Xaviera upłynęły trzy kwadranse od momentu, gdy olbrzym zniknął za dużymi pordzewiałymi drzwiami budynku.
Patrzył jak tamten wychodzi i zmierza w stronę, z której przyszedł. Nie miał pojęcia, co mógł robić tak długo w opuszczonym magazynie. Nic tam nie było. Przecież sam sprawdzał. Był tam. Nic.
Wielki mężczyzna zatrzymał się i rozejrzał po okolicy. Czego szukasz? Pomyślał Xavier i zobaczył jak tamten odpina coś od paska, coś z tym robi i bierze zamach, a później rzuca mocno w jego stronę.
Odbezpieczony granat pofrunął w powietrzu i wylądował kilka metrów przed nim.
Xavier zwinnie padł na ziemię i rękoma starał się chronić głowę. Leżał za drzewem. Nic nie powinno mu się stać. Gorzej, gdyby był na otwartej przestrzeni. Wtedy musiałby rzucić się w stronę granatu i schować pod lejem wybuchu. To dałoby mu największe szanse… Straciłby słuch… może wzrok, ale przeżyłby. Na szczęście byli w lesie. Może ochroni całego siebie.
Granat przetoczył się i wystrzelił w powietrze z wielkim hukiem tworząc mały krater. Leśne zwierzęta spłoszyły się i uciekały w popłochu. Chmura kurzu uniosła się w powietrze, a odłamki poleciały na wszystkie strony.
Jeden z nich drasnął Xaviera w rękę.
Krwawiący i ogłuszony podniósł się szybko i zaczął biec w stronę swojego auta. Słyszał, jak mężczyzna za jego plecami opróżnia magazynek, a kule przelatują w jego pobliżu łamiąc po drodze gałęzie.
Biegł co sił w nogach, wiedząc, że czołg nie odpuści. Mógłby mu pokazać sygnet i kazać odejść, ale jak miał to zrobić? Gdyby choć na chwilę się zatrzymał, tamten potraktowałby go jak tarczę strzelniczą.
Wskoczył do samochodu i odpalił silnik. Ruszył zostawiając tamtego w tyle.
Sporo czasu upłynęło zanim z krwawiącym ramieniem wyjechał z lasu i znalazł się na asfalcie. Mógł zwolnić. Nie wiedział, gdzie ma się udać. Szpital? Nie ma na to czasu. Musi odnaleźć Łowczynię.
Chcąc wyminąć wlekący się przed nim samochód spojrzał w lusterko wsteczne i nie dowierzał. Za nim jechał jakiś furiat z zawrotną prędkością wyprzedzając auta. Czarny Hummer H3 zbliżał się do niego. Mściciel. Mógłby spróbować mu uciec, gdyby jechał swoim Mustangiem, ale tym złomem, którego wypożyczył na potrzeby śledztwa, nie miał szans. Tamten dysponował sześciuset konnym silnikiem a on… szkoda gadać.
Hummer znalazł się na jego wysokości szybciej, niż by się spodziewał. Mściciel nie uderzył w jego samochód, aby zepchnąć go z jezdni.
Jechali łeb w łeb a Mściciel podniósł jedną ręką Kałasznikowa i wycelował w Xaviera.
Xavier podniósł rękę, aby pokazać tamtemu sygnet na palcu, ale spóźnił się. Tamten już wystrzelił. Seria kul uderzyła o karoserię i rozbiła szybę. Xavier schylił głowę i samochód zaczął zjeżdżać z drogi.
Później dachował.
Mściciel zatrzymał się kilkanaście metrów dalej i zarzucając do tyłu długie włosy zmierzał w kierunku przewróconego samochodu. Podszedł w momencie, gdy Xavier wygramolił się z jego wnętrza i pokazał sygnet.
- Zły dzień – wycharczał Mściciel, zdenerwowany faktem, że nie może nikogo zabić, bo wszyscy pokazują mu Gwiazdę Chaosu.
- Znalazłeś coś w magazynie? – krzyknął czołgający się Xavier do odchodzącego olbrzyma. Z jego czoła popłynęła strużka krwi.
- Nie mogę powiedzieć – oznajmił Mściciel i charczenie ustało. Nie mógł powiedzieć. Tamten też miał sygnet, a to zobowiązywało go do utrzymania tajemnicy. Znał dobrze protokoły Stowarzyszenia.
O co tu chodzi? Pomyślał wielki mężczyzna wsiadając do Hummera.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz