Rozdział 47


Poprzedni rozdział


Miasto na P, 8 listopada 2013r.
godz. 23.55


Była cicha, ciemna noc i choć pierwszy śnieg już spadł, roztapiał się i następnego dnia nie było po nim śladu.
Nie widzieli śniegu odkąd wyjechali, aż do teraz. Tutaj zima nadeszła wcześniej niż w innych częściach Polski.
Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał na domki jednorodzinne, wyglądem nie różniące się od innych, które widział do tej pory. Jego samochód był jedynym, który poruszał się tą trasą.
Zwolnił. Poczuł coś osobliwego w tym miejscu. Nie był w stanie określić co to było, ale to mówiło mu: przyjrzyj się, zobacz mnie.
Miasto mówiło do niego, kiedy Anna spała w fotelu obok.
Jedna główna ulica i poustawiane przy niej w rzędach domy. Jechał dalej.
Dostrzegł mężczyznę, który zataczał się na chodniku. Jego głowa opuszczona bardzo nisko wskazywała na… nie wskazywała na nic… on zwyczajnie jak co dzień upił się i wracał do siebie, aby rzucić swe brudne ciało na brudne łóżko, obok swej brudnej żony, która go nienawidzi bo on pije i się nie myje.
Mężczyzna zachwiał się niebezpiecznie na nogach i zatrzymał w miejscu, aby utrzymać równowagę. Konstancjusz zwinnie poruszył kierownicą, aby go nie zabić, gdyby tamten upadł na drogę. Nie stało się tak. Mężczyzna wiedział co robi… Był przyzwyczajony do stanu upojenia, w którym się znajdował. Prędzej potknąłby się na trzeźwo niż teraz.
Zamglonym spojrzeniem zerknął na jedyny poruszający się jezdnią samochód, który nagle przyhamował i odskoczył w przeciwną stronę. Nie wiedział, że kierowca obawia się wypadku. Zrobił to, co zwykle robił… Przybrał groźny wyraz twarzy i zdenerwowany dziwnym, głupim według niego zachowaniem kierowcy, wykrzyczał:
- So est uju, pierdol… - groźnym spojrzeniem odprowadził samochód, aż tamten zniknął z pola jego widzenia. Postał tak jeszcze długą chwilę, jakby wyczekiwał, aż Jeep wróci, a później znów zachwiał się na nogach i najpierw szybko, a później powoli ruszył w swoją stronę.

Konstancjusz pokiwał głową w wyrazie dezaprobaty i choć miał ogromną ochotę zatrzymać się i skopać dupę tamtemu śmieciowi, nie zrobił tego. Wiedział, że w każdej innej chwili miałoby to sens, ale teraz miał inne, ważniejsze sprawy na głowie.
Zerknął jeszcze na chwilę w lusterko wsteczne i zobaczył, jak menel porusza ustami i wymachuje ręką w jego stronę.
Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał w lewo na oświetlony żółtym światłem latarni, lekko zielony park, kiedy Anna spała w fotelu obok.
Miasto mówiło do niego, kiedy jego prawa stopa zelżała na pedale gazu.
Dziesiątki drzew… mimo iż liście opadły, park wydawał się piękny. Wielkie konary obok mniejszych, tuliły najmniejsze… Między nimi zielone trawniki przykryte opadniętymi liśćmi, poprzecinane wieloletnimi chodnikami, a przy nich kilka ławek, aby strudzony wędrowiec w każdej chwili mógł spocząć i odetchnąć przefiltrowanym powietrzem. Nawet rażące po oczach pomarańczowe kosze na śmieci nie psuły tego pięknego obrazka.
Konstancjusz dostrzegł ruch, a gdy ujechał jeszcze kawałek, zrozumiał czym on jest.
Siedmiu mężczyzn i jedna kobieta… Ona w towarzystwie trzech z nich siedziała na ławeczce, reszta stała nad nimi dynamicznie gestykulując.
Później jeden ze stojących podszedł bliżej, złapał dziewczynę za bluzkę i pociągnął brutalnie do góry. Żaden z pozostałych nie zareagował... nie zareagował tak jak można by się tego spodziewać. Wszyscy inni wybuchnęli śmiechem.
Ostatnim aktem tego przedstawienia, jaki dane było oglądać Konstancjuszowi była scena, w której jeden z siedzących na ławce wstaje i łapie dziewczynę za ramiona stając tuż za nią, a ten który wcześniej pomógł jej wstać uderza ją otwartą dłonią w twarz.
Głowa dziewczyny odleciała w bok… za nią pofrunęły jej blond włosy.

Konstancjusz pokiwał głową w wyrazie dezaprobaty i choć miał ogromną ochotę zatrzymać się i skopać dupę tamtym śmieciom, nie zrobił tego. Miał inne, ważniejsze sprawy, a dziewczyna mogła przecież siedzieć w domu, zamiast nocą spotykać się z szemranym towarzystwem. Wiedział, że tylko usprawiedliwia się przed samym sobą… To nie była jej wina. Każdy ma prawo wychodzić na zewnątrz, kiedy tylko mu się podoba… To oni byli winni, nie ona…
Zerknął jeszcze na chwilę w lusterko wsteczne, ale nic już nie zobaczył.
Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał i zobaczył… zobaczył poustawiane w rzędach, betonowe stoiska targowe, kiedy Anna spała w fotelu obok.
W jeden z dni tygodnia handlarze zjeżdżali się tutaj, aby opchnąć mieszkańcom swoje tandetne towary. Krzyczeli i zachwalali… Teraz jednak było pusto… nie było kolorowych, chińskich ubrań, rozwieszonych na stojakach, nie było samochodu dostawczego, całego wypchanego ziemniakami… tamte sceny były rzadkością, zazwyczaj miejsce to służyło innemu celowi.
Miasto mówiło do niego, lecz on słysząc, nie słuchał.
Targowisko ukazało mu obraz nędzy i rozpusty… niedorzeczności.
Zebrali się tutaj młodzi demokraci i oddawali głosy na najlepszego spośród nich…
Zebrali się tutaj młodzi alkoholicy i skandowali, gdy jeden z nich opróżnił jednym haustem cały plastikowy kubek wódki.
Konstancjusz zobaczył osobę, która teraz była w centrum zainteresowania.
Piętnastoletnia dziewczynka wskoczyła na podium i ucieszyła się z wygranej, wszyscy bili jej brawo.
Piętnastoletnia kurewka wskoczyła na betonowy stragan i zdarła z siebie bluzę, wszyscy krzyczeli: zdejmuj majtki suko.

Konstancjusz pokiwał głową w wyrazie dezaprobaty i choć miał ogromną ochotę zatrzymać się i… nie miał ochoty zatrzymywać się… to co zobaczył napawało go odrazą. Miał inne, ważniejsze sprawy na głowie.
Zerknął jeszcze na chwilę w lusterko wsteczne i zobaczył jak piętnastoletnia kurewka macha stanikiem, który przed chwilą z siebie zerwała.
Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał i oburzył się, gdy ujrzał dwóch chłopców, którzy ledwo oderwali się od ziemi… przechadzali się na tle wielkiego napisu, przypominającego o tym, że podróżny znajduje się na terytorium miasta na P.
Oburzył się nie dlatego, że tacy mali, śmiesznie wyglądający w opuszczonych, szerokich spodniach, z założonymi na głowy kapturami swoich żałośnie szarych bluz, chłopcy… włóczyli się zapewne bez celu po nocy… Konstancjusz miał gdzieś ich bezpieczeństwo… jego oburzył fakt, że chłopcy machają do niego środkowymi palcami. Jasno i wyraźnie chcieli dać mu do zrozumienia, że ma spierdalać.
Miasto mówiło do niego, a on słuchał.

Konstancjusz pokiwał głową w wyrazie dezaprobaty i choć miał ogromną ochotę zatrzymać się i skopać dupę… nie miał ochoty zatrzymywać się i kopać po dupie… dzieci… miał ochotę zatrzymać się i skopać dupę ich rodzicom. Jednak teraz miał inne, ważniejsze sprawy na głowie.
Zerknął jeszcze na chwilę w lusterko wsteczne i zobaczył, że chłopcy przestali zwracać na niego uwagę i odeszli.
Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał i oczyma wyobraźni zobaczył wulgarność, gwałty, morderstwa, pobicia, napady, kradzieże, rozboje …
Konstancjusz spojrzał i oczyma wyobraźni zobaczył brak nadziei i bezsens.
Konstancjusz spojrzał i zobaczył szarość i smutek.
Konstancjusz spojrzał i zobaczył pustkę i odtrącenie.
Konstancjusz spojrzał a później na chwilę zamknął oczy… Anna ciągle spała w fotelu obok.

Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał i choć zobaczył wiele, nie widział całości.
Konstancjusz choć spojrzał, zobaczył tylko to, co miasto pokazało mu w przeciągu pięciu minut.
Konstancjusz choć widział, wiedział, że wiele przeoczył… wiedział, że pięciominutowa przejażdżka ulicą miasta na P to nie to samo, co przebywanie tutaj na co dzień.
Miasto na P potrzebowało pięciu minut, aby odebrać mu chęć do czegokolwiek… co byłoby, gdyby musiał mieszkać na takim świecie…?

Jeep Cherokee sunął jednopasmową drogą.
Konstancjusz spojrzał i zobaczył zieloną tablicę, która głosiła, że znaleźli się poza terytorium miasta na P.
Konstancjusz w przeciwieństwie do Anny, która spała w fotelu obok, myślał.
Konstancjusz wiedział, że miasto na P nie było odosobnionym przypadkiem. W Polsce funkcjonowało w ten sposób wiele małych społeczności.
Wystarczy otworzyć oczy i nie poddać się zbiorowej fatamorganie.
Konstancjusz teraz już wiedział, że miasto na P nie jest kwestią wiary w nie.
Miasto na P istnieje.
Miasto na P istniało w obecnym stanie rzeczy od lat i będzie istniało w gorszym stanie przez następne dekady.
Chyba, że on coś z tym zrobi…
Chyba, że on nie podda się i odnajdzie sposób…





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz