Rozdział 50


Poprzedni rozdział


Warszawa, 9 listopada 2013r.
godz. 14.11


Xavier siedząc na niewygodnym stołku w szpitalnym korytarzu ukrył twarz w dłoniach i przypomniał sobie jak cudownie było kiedyś…
Poznał piękną młodą dziewczynę i zakochali się w sobie… nie od pierwszego wejrzenia. To nie była romantyczna, prosta miłość jak z opery mydlanej. Długo się docierali, a później gdy miało być już tylko dobrze, ktoś zaburzył ich porządek świata. Ktoś, komu Xavier zaufał. Ktoś, kogo znał.
Teraz już wiedział. List od Łowczyni wiele wyjaśnił. Teraz wiedział już skąd K tak dobrze go zna i jak dotarł do jego książki. Nie znalazł jej przypadkiem na półce w księgarni. Nikt mu jej nie polecił… Nie polecił mu jej nikt obcy.
K przestudiował książkę Xaviera wyłącznie na jego własną prośbę.
Sam Xavier podarował mu jeden egzemplarz.
To Xavier wpuścił do swojego domu bestię. To on pozwolił na to, żeby K porwał miłość jego życia. On sam był najbardziej winny. Gdyby nie on, wszystko byłoby dobrze. To przez niego Sophie wygląda jak wygląda.
Xavier znał K od wielu lat, a jednak nic nie podejrzewał. Traktował jak przyjaciela, człowieka, który okazał się być mordercą i dręczycielem. Człowieka, który ostatecznie porwał i zniszczył Sophie.
Tego było za wiele.
Musi zemścić się na mężczyźnie, który tak sobie z nim pogrywał. Udawał, oszukiwał…

Pielęgniarki wchodziły do sali, w której znajdowała się Sophie i wychodziły przerażone tym, co zobaczyły.
Xavier nie był pewien czy dobrze postąpił, kiedy z rana podjął decyzję o przetransportowaniu Sophie i Kostki śmigłowcem do Warszawy. Podróż mogła źle wpłynąć na ich stan, ale tutaj była lepsza opieka, tutaj znał kilku światowej sławy lekarzy.
Zamknął oczy.
Zobaczył oszpeconą twarz swojej cudownej…
Jego wyobraźnia czyniła cuda. Obraz zabliźniających się ran stawał się coraz gładszy. Małżowiny uszne i nos wróciły na swoje miejsce.
Teraz widział Sophie taką, jaką była kiedyś. Widział jej piękno zewnętrzne, a później postać w jego wyobrażeniach uśmiechnęła się ukazując śnieżnobiałe zęby. Tego uśmiechu nigdy nie zapomni. Był jedyny w swoim rodzaju. Niepowtarzalny, szczery uśmiech...
Zobaczył jak porusza ustami chcąc mu coś powiedzieć. Nie rozumiał słów, ale wiedział, że to coś miłego.
Nie utrzymał tego wyobrażenia długo… obraz kobiety stawał się niewyraźny… a później na chwilę zniknął i pojawiła się znów, ale w swojej obecnej formie. Poczuł ból i rozpłakał się.
Przecież kochał ją, a nie to jak wygląda. Nie kochał jej za to, że była piękna, tylko za to, że była jego, za to, że się rozumieli i myśleli tylko o sobie… kogo chciał oszukać?
Nie był głupim, nierozumiejącym zależności międzyludzkich ignorantem. Wiedział, że to nie tak się odbywa. Wiedział, że to jak wyglądała, gdy ją poznał, miało wielkie znaczenie. Wiedział, że gdyby była choć odrobinę inna, mógłby nigdy jej nie pokochać. Ale przeżyli ze sobą tyle dobrych chwil… czy nie powinno być tak, że po tym wszystkim wygląd przestanie mieć znaczenie? Nie wiedział. Być może będzie kochał ją jeszcze bardziej, ale możliwe, że uczucie szybko się wypali. To nie zależało od jego woli. Był jednak absolutnie pewny, że spróbuje.

Otarł łzy, gdy usłyszał znajomy głos i poczuł dłoń na swoim ramieniu.
- Wszystko dobrze? – zapytał łagodnym tonem Alex. Tatiana, która podeszła z nim zdziwiła się tym, co usłyszała. Jak mógł zadać tak głupie pytanie? Pomyślała. To oczywiste, że czuje się źle. Jego kobieta nie ma twarzy. Powstrzymała się jednak od komentarza.
- Tak, dziękuję za troskę – odpowiedział niewyraźnie Xavier.
- Wybieramy się po kawę. Przynieść ci?
- Poproszę.
- Już się robi – skwitował Alex i wraz z Tatianą oddalił się pozostawiając najsmutniejszego człowieka w szpitalu samego.

- Co o tym myślisz? – zagadnęła Alexa Tatiana, gdy skręcili korytarzem w prawo.
- Myślę, że trzeba dorwać tego zwyrodnialca K za wszelką cenę.
Wrzucili kilka monet do automatu i ledwie zdążyli wybrać odpowiedni guzik, Tatiana stanęła jak wmurowana patrząc w otwarte drzwi jednej z sal.
Kubek wyskoczył z automatu i zaczął napełniać się czarnym, gorącym napojem, ale nikt już nie zwracał na niego uwagi.
Alex podążył wzrokiem za spojrzeniem Tatiany i zobaczył leżącego w łóżku, podłączonego do różnych aparatur mężczyznę bez członków, Tadeusza Rosenkranza.
- Co on tu robi? – wyszeptała Tatiana, a mężczyzna dostrzegł ich i wpatrywał się nie mrużąc oczu.
- Nie wiem. Najwidoczniej nie jest biedakiem i mógł pozwolić sobie na najlepszą klinikę.
- Myślisz, że…?
- Myślę, że sam to załatwię. Ty nie musisz tam wchodzić – powiedział i ruszył w stronę znajomej twarzy. Tatiana stała przerażona. Nie poszła z Alexem. Nie chciała znów przeżywać emocji jakie towarzyszyły jej, gdy zobaczyła go w piwnicy Irys.

- Witam – zagadnął z wyczuciem w głosie Alex, gdy znalazł się tuż obok głowy tamtego.
- To pan mnie… dziękuję.
- Proszę się nie trudzić. Zrobiłem, co do mnie należało. Niech pan odpoczywa. Jestem tutaj z innych powodów i zobaczyłem pana. Nie mogłem się nie przywitać.
- Niech pan usiądzie – wymamrotał Tadeusz Rosenkranz.
Alex przysunął sobie krzesło i powoli na nie opadł.
- Skąd pan wiedział, że potrzebuję pomocy, że ta wariatka mnie więzi?
- Jestem policjantem – Alex wyprostował się. – Ścigałem wraz z koleżanką, która stoi na korytarzu tę całą Irys. Kobietę, która pana porwała… nie zdążyliśmy na czas.
- Ja skądś znam tę… - Tadeusz Rosenkranz otworzył szeroko oczy. – To ona.
- Zgadza się, moja koleżanka chciała mi pomóc w pewnej sprawie i… przepraszam… wykorzystaliśmy pana… przepraszam – Alex spochmurniał.
- Niech się pan nie martwi. Ta wariatka i tak by mnie znalazła. Gdybyście jej nie pomogli, nikt nie wiedziałby o tym, że mnie przetrzymuje i… umarłbym tam.
Alex poczuł się lepiej słysząc te słowa. Ulżyło mu. To co powiedział mu mężczyzna wydawało się logiczne. Teraz czuł się mniej winny. Musi powiedzieć o wszystkim Tatianie, która też miała z tym problemy.
- Mam rozumieć, że złapaliście tę wariatkę? – pytanie Tadeusza Rosenkranza uderzyło w Alexa jak grom z jasnego…
- Yyy… niestety… my… niestety nie udało nam się…
- Rozumiem – mężczyzna bez nóg i rąk wydawał się być ciągle opanowanym. – Musicie ją dopaść – chciał nie tylko zemsty, wiedział, że ona może zmienić wszystko. Ona wie, że jest gwałcicielem. Teraz jest tylko ofiarą wariatki, ale może bardzo szybko stać się postrzegany jako oprawca, któremu się należało. Najlepiej gdyby zginęła. – Ona… - zaczął grę. – Ona jest umysłowo chora… wie pan dlaczego mi to zrobiła?
- Niestety, nie wiem – odpowiedział zaciekawiony Alex.
- Bo jestem Żydem – skłamał Tadeusz Rosenkranz. – Ona nie toleruje Żydów. Jest jak Hitler. Zrobiła mi to, bo jestem… - spojrzał w dal. – Żydem. Czy pan również ma coś przeciwko nam Żydom?
- Absolutnie nie – wzdrygnął się Alex. Musiał szybko odpowiedzieć, aby tamten sobie czegoś nie pomyślał. - Jestem całkowicie za wolnością wyznania.
- To dobrze, to bardzo dobrze… w panu cała moja nadzieja na sprawiedliwość – spojrzał wymownie na Alexa.
- Obiecuję panu, że ją odnajdę i zapłaci za wszystko.
- Proszę na nią uważać. Zresztą… przecież pan wie, że jest niebezpieczna i nieobliczalna. Wystarczy spojrzeć na to, co mi zrobiła.
Alex pożegnał się ze starszym człowiekiem i wrócił do Tatiany, której wszystko opowiedział.
Nie ulżyło jej. Dalej czuła się winna. To ona doprowadziła go do Irys. Po części jest odpowiedzialna za to, co tamta mu zrobiła.

Zabrali napełniony kubek, a później jeszcze dwa i udali się do Xaviera.
Siedział przybity jak wcześniej, albo jeszcze bardziej.
- Potrzebujesz czegoś? – zapytała troskliwie Tatiana.
- Nie. Dziękuję za kawę – powiedział biorąc jeden z kubków, które przynieśli. – Powinniście wrócić do domu, albo do mojego apartamentu jeśli wolicie.
- Posiedzimy tu z tobą – Alex chciał wesprzeć, cierpiącego przyjaciela.
- Nalegam. Jesteście zmęczeni – nie spojrzał na nich. Jego pusty wzrok utkwił w czarnym płynie wypełniającym czarny, plastikowy kubek.
- Tak będzie lepiej – włączyła się Tatiana. – Odpoczniemy i tu wrócimy.
- Na pewno niczego nie potrzebujesz? – upewniał się Alex.
- Na pewno – odpowiedział mężczyzna, który był tu już tylko ciałem.

Opuszczali szpital, rozmawiając.
Wyszli na zewnątrz i oplótł ich zimny wiatr.
Pośpiesznie wsiedli do mercedesa sierżanta i odjechali w swoją stronę.
Po raz kolejny nie zwrócili uwagi na samochód, który wcześniej stał w pobliżu, a teraz ruszył za nimi.
Kobieta za jego kierownicą stawała się coraz bardziej niecierpliwa. Czekała już tak długo, aby dowiedzieć się czy wszystko o co poprosiła sierżanta…
Nie jest… nie zrobił tego o co poprosiła. Był ignorantem.
Musi jeszcze raz się z nim spotkać, zanim zniknie na zawsze.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz