Rozdział 51


Poprzedni rozdział


Warszawa, 15 listopada 2013r.
godz. 7.07


Mało spał. Ostatni tydzień był dla niego wyczerpujący. Xavier obudził się i przez zaledwie kilka sekund nie pamiętał o koszmarze w którym się znajduje.
Sophie powoli wracała do zdrowia, ale czeka ją jeszcze wiele bólu, a on musi być przy niej. Wspierać ją w każdej chwili. Zapewnił jej najlepszą opiekę lekarzy, ale musi postarać się jeszcze o dobrych psychologów. Jej powrót do normalności nie będzie prosty. Czeka ją ciężka batalia, którą musi stoczyć sama z sobą.
Dla niego też nie będzie łatwym przyzwyczaić się do jej obecnego wyglądu. Myślał nawet o tym, aby zapewnić jej odpowiednie protezy. Nie zdecydował czy to dobry pomysł. Już odebrano jej wystarczająco dużo człowieczeństwa. Taka proteza może na nią źle wpłynąć. Jak czuje się człowiek, który zamiast nosa i uszu ma kawałki tworzywa sztucznego? To musi być nieprzyjemne. Sophie zaczynała przyzwyczajać się do spojrzeń ludzi, do tego, że widzą ją taką jaką teraz jest. Protezy mogłyby sprawić, że znów będzie musiała oswoić się z myślą, że patrzący na nią, widzą coś nienaturalnego, coś dziwnego, dla niektórych przerażającego i groteskowego. Musi z nią o tym delikatnie porozmawiać i zapytać czy tego chce. To musi być jej decyzja. Dla niego nie ma znaczenia czy jej twarz przyozdobiona zostanie sztucznymi kawałkami, czy pozostanie w aktualnym stanie.
Jest jeszcze inna opcja. Słyszał kiedyś, że naukowcy wyhodowali ucho… wyhodowali ucho na szczurze. Niesamowity widok… biegnący szczur z narośniętym na plecach uchem. Dosyć to ohydne, ale jeżeli Sophie zechce mieć właśnie coś takiego, to będzie miała. Pieniądze nie grają żadnej roli. Jego odczucia estetyczne nie grają żadnej roli. Ważne, aby ona czuła się dobrze, aby wyzdrowiała nie tylko fizycznie…
Rozmyślania przerwał mu dźwięk dobiegający z ultrabooka, leżącego na stoliku. Nadchodzące połączenie video.
Nie zwrócił na to uwagi, wstał z łóżka i opuścił pokój apartamentu, aby udać się do toalety. Musi wracać do szpitala, ostatnio to tam jest jego miejsce, a nie tu w wygodnym hotelu. Woli drzemać na niewygodnym metalowym krześle, niż w czystej, miękkiej pościeli… ważne by być blisko niej.
Oddał poranną dawkę moczu, a później umył dokładnie dłonie i ochlapał twarz wodą z kranu. Uniósł powoli głowę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze, które znajdowało się nad zlewem. Nagle coś do niego dotarło…
Uświadomił sobie, że oczekującym połączeniem może być…
Podbiegł do stolika i nacisnął odpowiedni klawisz.
Na ekranie pojawiło się to, czego się spodziewał.
Biała maska na której kreska symbolizująca usta wykrzywiona była w górę. Uśmiech. Jedyne co było inne, to sceneria.
K zawsze łączył się z nim z ciemnego pomieszczenia, tym razem było inaczej. Za nim palił się ogień w kominku.
Nie nadajesz od siebie. Znalazłeś sobie nową norę. Pomyślał Xavier, a później zaczęła się rozmowa.
- Jak śmiesz? Ty skurwysynie! – krzyknął do K.
- Witaj Xavierze – odpowiedział przetworzony modulatorem głos.
- Skończ z tą szopką! Wiem kim jesteś!
- Doprawdy? – zdziwił się K.
- Zaufałem ci. Pozwoliłem…
- O! Przestań! – K przerwał wypowiedź Xaviera. Nie musiał wysłuchiwać do końca, aby wiedzieć, że tamten nie blefuje. Wyłączył urządzenie modulujące głos i powoli ściągnął maskę.
Xavier nie miał powodów by wątpić, że K to naprawdę jego bliski towarzysz, ale gdy ujrzał jego odsłoniętą twarz, nieznacznie się zdziwił.
Teraz był już absolutnie pewien.
- Skąd wiedziałeś, że ja to ja? – zapytał Konstancjusz.
- Jak mogłeś? Ty cholerny draniu! – Xavier słyszał K dosyć wyraźnie, ale nie miał zamiaru odpowiadać na jego pytania. Wreszcie się wyzwolił. Wcześniej musiał grzecznie wysłuchiwać wszystkich głupot, które wygłaszał mu K, teraz nie miało to znaczenia. Teraz K nie rozdawał już kart. Nie miał już Sophie. Nie mógł szantażować Xaviera.
- Zabiję cię! – wrzasnął Xavier.
- To może być trudne, zważywszy na to, że nie masz pojęcia jak mnie odnaleźć – K uśmiechnął się.
- Wyciągnąłem cię spod ziemi, teraz będzie już z górki – Xavier był coraz bardziej wściekły. Jak on śmiał? Jak mógł dzwonić po tym wszystkim?
- Jak przypuszczam za pierwszym razem otrzymałeś pomoc od Stowarzyszenia. Już ci nie pomogą.
Xavier zdziwił się, że K wie o Stowarzyszeniu. Ukrywali swoją działalność jak mogli. Wiedzieli o nich tylko ich członkowie. Członkowie. A gdyby K był członkiem Stowarzyszenia? Wszystko zaczynało się klarować. To by się zgadzało. Mściciel dostał się do kompleksu i odnalazł K. Nie mógł nic zrobić, bo K miał pierścień. Mój ojciec musi stać za przyjęciem K do Stowarzyszenia. Ufał mu bezgranicznie… Tak jak ja… dwóch głupców, którzy dali się nabrać na gierki psychopaty.
- Dorwę cię choćbyś nie wiem jak się ukrył!
- Xavierze, wiesz dobrze, że to groźby rzucane na wiatr. Znasz mnie doskonale. Wiesz, że mam wiele talentów.
- Ty…!
- Przestań mi ubliżać. Chciałem z tobą porozmawiać, a nie prowadzić słowną potyczkę.
- Porozmawiać? Po tym wszystkim… po tym wszystkim ty chcesz ze mną porozmawiać? – oburzony Xavier chciał roztrzaskać komputer o ścianę. Schwycił go i już miał się zamachnąć, kiedy nagle uświadomił sobie, że nie może tak postępować. Musi być opanowany. Musi zacząć prowadzić grę, a dopiero gdy już odnajdzie K, będzie mógł dać upust swojej wściekłości. Będzie mógł się zemścić.
- Czego chcesz? – zapytał z zaciśniętymi zębami.
- Tak już lepiej – odpowiedział K. – Wiesz Xavierze, mój dobry przyjacielu, zdziwiło mnie twoje zachowanie. Byłem przekonany, że kto jak kto, ale ty mnie zrozumiesz…
- Miałbym zrozumieć, że zdarłeś skórę z twarzy Sophie? – walczył z emocjami.
- Wiem, że to dosyć drastyczny sposób, ale w tamtej chwili uważałem za jedyny. Wiesz Xavierze, ona nie chciała dobrowolnie zrozumieć twojego przesłania. Musiałem…
- Mojego przesłania? Myślisz, że chciałem żebyś zabijał? Myślisz, że o to mi chodziło, kiedy pisałem książkę?
- Myślę, że zawarłeś tam tylko słuszne uwagi oraz pomimo tego, że powiedziałeś A, nie wystarczyło ci odwagi, aby powiedzieć B.
Xavier wiedział, że K ma rację. To on napisał to wszystko, a skoro tak, to oczywiście ze wszystkim się zgadzał. Ale żeby zaraz okaleczać? Mordować?
- Jesteś psychopatą! Nie wolno tak traktować ludzi!
- Xavierze, nie widziałem innego wyjścia. Nie można zwyczajnie przejść obojętnie obok tego, co napisałeś. Nie można zostawić świata w obecnym stanie. To do niczego nie zmierza. Musimy coś z tym zrobić. Może będą ofiary, ale czym jest garstka ludzi? Musimy uzdrowić świat! Nie chcę dłużej żyć wśród otaczającego nas zła, a wszystko bierze się stąd, że te ciemne masy nie znają swojego miejsca. Myślą, że są wybrańcami. Stworzonymi na wzór i podobieństwo jakiegoś wyimaginowanego bytu wyższego… Boga, którego czczą pod różnymi imionami, a który jest jednym i tym samym. Stertą bzdur. Zresztą po co ja ci to tłumaczę, skoro ty to doskonale wiesz.
- Wiem, ale nie zgadzam się na zabijanie i torturowanie. Nigdy mi o to nie chodziło!
- Kiedyś zrozumiesz, że nie ma innej drogi – K opuścił głowę chcąc pokazać tym, że on również nie chciałby zabijać, ale wierzy w to, że tylko tak można to zrobić… zmienić wszystko. – Opowiem ci pewną historię Xavierze. Może dzięki temu coś zrozumiesz.
Ciemne oczy K, które widziały w życiu już niejedno podniosły się i spojrzały. Xavier patrzył w monitor, na którym piksele układały się w twarz człowieka, którego nienawidził z wszystkich sił.
- Historia, którą ci opowiem wydarzyła się ponad rok temu – wzrok K opadł w dół, a później wrócił to natrętnego przypatrywania się Xavierowi. – Pewna młoda dziewczyna, katoliczka… bardzo wierząca katoliczka, która odwiedzała kościół przynajmniej raz w tygodniu, siedziała w jednej z miejskich bibliotek i wertowała jakąś książkę. Przypuszczam, że była to Biblia, ale głowy za to nie oddam – uśmiechnął się szyderczo. – Wszedłem do środka i od razu przykuła moją uwagę. Od niedawna pełnoletnia blondynka z uplecionymi w warkocz włosami. Choć było gorąco, ona ubrała się w sweter i spódnicę aż do kostek, które skrzętnie skrywały wszystkie jej wdzięki. Wyglądała na sympatyczną, aż do momentu, gdy zapytałem jednej z bibliotekarek czy gdzieś na półce odnajdę jakieś pisma na temat Islamu. Dziewczyna podniosła się i zmierzyła mnie wzrokiem. Jak się wydawało łagodna duszyczka ukrywała mroczny charakter. Jakby nigdy nic, zapytała po co mi to. Powiedziałem, że chciałbym poznać światopogląd innych ludzi, że jestem ciekawy świata. Zgadniesz co mi odpowiedziała?
- Domyślam się, że coś, co uznałeś za powód, aby ją zamordować! – Xavier starał się utrzymać nerwy na wodzy.
- Po co ten cynizm, Xavierze? – pauza. – Więc ta dziewczyna… ona na mnie nakrzyczała. Stwierdziła, że jest tylko jeden prawdziwy Bóg i nie wolno nam katolikom nawet dopuszczać do siebie myśli, że jest inaczej, że nie powinniśmy czytać takich herezji. Ja odpowiedziałem, że nie jestem chrześcijaninem i żeby się uspokoiła, a ona na to, że w Polsce nie ma miejsca dla pogan i powinienem wyjechać, albo uznać zwierzchnictwo kościoła. Uwierz mi Xavierze, że w tamtej chwili nie wiedziałem zupełnie jak się zachować. To było dla mnie niesamowite doświadczenie, to pokazało mi jak bardzo można być zapatrzonym w swoje nieracjonalne poglądy. Wyszedłem z tamtej biblioteki. Nie chciałem wdawać się z nią w niepotrzebną polemikę, ale nie zostawiłem jej samej sobie. Poczekałem w samochodzie i gdy wyszła…
- Zabiłeś ją? – Xavier przerwał wywód K.
- Proszę. Za kogo mnie masz?
- Ciekawe. Bardzo ciekawe. Za kogo ja cię mam?
- Darujmy sobie to. Pozwól mi dokończyć – wierzchnią częścią dłoni otarł czoło z potu. – Zabrałem ją ze sobą. Tak Xavierze, to nie była jej decyzja – wyprzedził sarkastyczne stwierdzenie, które miało paść z ust Xaviera. – Zabrałem ją do miejsca, które odnalazłeś. Spędziłem z nią tam kilka miesięcy i sporo się o niej dowiedziałem. Jak większość Polaków pochodziła z konserwatywnej katolickiej rodziny. Rodzice od dzieciństwa zmuszali ją do coniedzielnych pielgrzymek do kościoła, gdzie musiała na kolanach przepraszać za grzechy i błagać o litość. Gdy człowiek praktykuje takie zachowania, umacnia się w przekonaniu, że Bóg jest wymagający, ale dzięki pokorze, którą się mu okazuje, stanie za nami w najtrudniejszych chwilach naszego życia. Człowiek taki czuje siłę. Wie, że ze wszystkim sobie poradzi. Poza tym nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. No bo co by było, gdyby dopuszczał do siebie myśl, że może istnieje inny Bóg? Bóg muzułmanów, czy bogowie hindusów? Wtedy taki człowiek czułby się głupcem, czułby, że to całe jego pochylanie głowy przed Bogiem na zimnej posadzce kościoła… te wszystkie siniaki na kolanach, które sobie sprawił, są bezwartościowe, a on chyli głowę w najlepszym wypadku przed jakimś księdzem, który jest zwykłym człowiekiem jak on, lub co gorsza chyli głowę przed ścianą jakiegoś nic nie znaczącego budynku. Trudno byłoby żyć z taką myślą. Trudno byłoby zaakceptować, że jest się głupim, zmanipulowanym człowiekiem. No, ale przecież ty to rozumiesz Xavierze.
- Po co mi o tym opowiadasz?
- Cierpliwości – K złapał głęboki oddech i mówił dalej. - Dziewczyna ta przez długi czas się opierała. Krzyczała, że jestem diabłem i co najzabawniejsze… układała ręce w znak krzyża, abym się wystraszył i zostawił ją w spokoju – zaśmiał się głośno. – Po jakimś czasie jednak zmieniła zdanie. Uznała to co mówię za prawdę i odrzuciła swoje zabobony w kąt. Możesz nazwać to syndromem sztokholmskim albo jak tam chcesz, ale ja wiem, że dzięki mojej sile perswazji, ona naprawdę to zrozumiała. Wiem to. Może to śmieszne, ale widziałem to w jej oczach, gdy z nią rozmawiałem. Widziałem w niej zmianę. Ale dalej… Katoliczka stała się ateistką. Spędziłem wiele godzin na dyskusjach z nią. Były doprawdy porywające. Dyskutowaliśmy o całym złu, które wyrządził kościół… o wojnach, przymusowej indoktrynacji, inkwizycji, która zebrała ogromne żniwo… Dyskusje te to były dobre chwile spędzone wspólnie. Coś się jednak zmieniło, kiedy opowiedziałem jej o teorii oceanu, o której napisałeś w swojej doskonałej książce…
- Pewnie nie zrozumiała – wtrącił sarkastycznie Xavier.
- Twoje uwagi naprawdę są zbędne. Ale owszem nie zrozumiała. Nie dotarło do niej, że wszyscy ludzie, wszystkie zwierzęta i rośliny, wszystkie minerały… wszystko, dokładnie wszystko tworzy jedną całość. Nie pojęła, że wszystko to składa się z atomów czy cząsteczek, a z nich powstają bardziej złożone elementy świata – K zamyślił się na chwilę. – Zabrałem ją kiedyś na łąkę. Wiał wiatr. Gdzieś w oddali przechadzała się sarna ze swoim młodym. Próbowałem wytłumaczyć jej, że ludzie są jak te zwierzęta, a różnią się od nich tylko tym, że mają chwytne dłonie a ich mózgi są sprawniejsze i potrafią użyć głosu do komunikowania się między sobą w sposób prawie idealny. Nie zobaczyła tego, co ja widziałem. Nie dostrzegała atomów ciągle poruszających się w ciałach zwierząt. Negowała fakt, że składamy się z cząsteczek. Powiedziała, że gdyby tak było, to byśmy się rozpadli na kawałki. Wytłumaczyłem jej, że nie rozpadamy się, bo atomy trzymają się razem za sprawą jednego z podstawowych oddziaływań. Opowiedziałem jej pokrótce o wszystkich czterech. O oddziaływaniu słabym, silnym, o grawitacji i elektromagnetyzmie. Nic. To do niej nie docierało. Później powiedziałem jej, żeby poczuła wiatr, który oplata jej twarz. Przyznała, że czuje – zaśmiał się. – Powiedziałem, żeby poczuła się jak w oceanie, bo jest właśnie w oceanie materii. Nie ma chwili w życiu człowieka, w której nic by go nie otaczało. Wszystko jest ze sobą powiązane. Jesteśmy częścią olbrzymiego systemu. My i wiatr to jedność – spochmurniał. – Nie zrozumiała koncepcji oceanu. Myślę, że w tym momencie zaczynała wątpić we wszystko czego się ode mnie nauczyła. No cóż. Dni mijały i było coraz gorzej. Wracała do Boga. Jednak o dziwo nie do poprzedniego tylko do nowego. Nazywał się Wisznu. Widzisz Xavierze, mimo że nie udało mi się jej ocalić, udowodniłem sobie, że wiele osób pragnie mieć Boga. Niezależnie jakiego, ważne aby czuwał nad nimi, aby czuli się bezpiecznie. Tak jest po prostu wygodniej żyć.
- Co z tą dziewczyną? – zapytał Xavier, który wciągając się w opowieść K, prawie całkowicie zapomniał o Sophie.
- Jej stan psychiczny stawał się coraz gorszy. Nie wiedziała co robić, w co wierzyć, a że była słabą jednostką, musiała w coś wierzyć.
- Do rzeczy – ponaglił Xavier.
- Gdy uznała, że wszystko co jej powiedziałem to brednie, zażądała, abym zwrócił jej wolność.
- A ty, że nie mogłeś tego zrobić, to ją zabiłeś.
- Powiedziałem jej, że wystawię ją na próbę. Jeżeli jej podoła to ją uwolnię, jeżeli nie, zabiję.
- Próbę? – zaciekawił się Xavier.
- Tak. Powiedziałem, że skoro tak ufa Bogu, niezależnie jakiemu, to pochowam ją żywcem, a jeśli jej Bóg istnieje, a jej wiara jest silna, to pomoże jej przeżyć tydzień pod ziemią, bez tlenu.
- Ty cholerny sadysto!
- Wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze, Xavierze? Ona na to przystała – znów się zaśmiał. – Nie wiem jakiego Boga postawiła na piedestale w tamtym czasie, ale zaufała mu bezgranicznie. Gdy ją zakopywałem usłyszałem: amen. Przypuszczam więc, że w ostatnich chwilach życia powróciła do katolicyzmu. Mówi się, że nawrócone owieczki są cenniejsze. Nie w tym przypadku. Obiecałem, że odkopię ją po tygodniu i jeżeli Bóg tego chce, to przeżyje, a ja oddam jej wolność…
- Domyślam się, że nie odkopałeś!
- Xavierze, za kogo mnie masz? Ja dotrzymuję danego słowa. Wróciłem po nią i odkopałem. Niestety najwidoczniej źle wybrała… Boga. Nie przyszedł jej z pomocą. Tak więc zakopałem ją na powrót i wróciłem do swoich zajęć.
- Brzydzę się tobą!
- Po co te słowa?
- Dopadnę cię ty…!
- O! Xavierze! Myślałem, że dojdziemy do jakiegoś kompromisu…
- Nigdy! Zaufałem ci, a ty… - Xavier przypomniał sobie o Sophie i o tym co zrobił jej K.
- Przestań już! Mam dosyć twojego mazgajstwa! Wiesz doskonale, że zrobiłem to, bo tak musiałem. Myślałem, że kobieta, którą wybrałeś sobie na towarzyszkę życia okaże się inteligentna, a to zwykła, bezmyślna…
- Ty cholerny…!
- Nie rozumiesz tego? Ona będąc z tobą musiała być taka jak ty. Musiała mieć identyczny światopogląd. Jak by to wyglądało, gdybyśmy razem zaczęli głosić dobrą nowinę, a ona by się z tym nie zgadzała i to lekceważyła? Musiałem tak postąpić.
- To ty nie jesteś zbyt mądry, skoro myślałeś, że będę coś głosił wspólnie z tobą! – Xavier znów nie mógł nad sobą zapanować. Teraz nie liczyło się dla niego wysłuchanie K, aby uzyskać jak najwięcej wskazówek do tego, gdzie tamten się znajduje, teraz ważne było tylko, dać upust emocjom.
- Xavierze, miałem cię najwidoczniej za kogoś kim nie jesteś. Napisałeś te przełomowe rzeczy i miałem cię za kogoś… nieważne. Pomyliłem się. Jesteś taki jak wszyscy, a pisząc książkę najwidoczniej miałeś jakiś krótkotrwały przebłysk intelektu.
- Ty…!
- Nasza znajomość kończy się w tym miejscu, Xavierze.
- Dorwę cię, choćbym miał poświęcić na to całe życie! – rzucił groźbę bez pokrycia, Xavier.
- Nie. Znasz mnie. Wiesz kim jestem. Nie mogę pozwolić ci żyć dalej. Musisz zginąć.
- W takim razie zapraszam! Czekam na ciebie psychopato!
K uśmiechnął się i spojrzał złowrogo w monitor mrużąc nieznacznie oczy.
- Xavierze! Idę po ciebie! – dodał i połączenie zostało przerwane.




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz