Rozdział 52


Poprzedni rozdział


Gdzieś w Polsce, 4 stycznia 2014r.
godz. 9.54


Anna została sama. Konstancjusz wyszedł przed dziewiątą nie mówiąc, gdzie się udaje. Nie napalił w kominku, więc panował przeszywający kości mróz.
Usłyszała jak odpala silnik Jeepa, więc musiał mieć coś ważnego do załatwienia.
Krzątała się przez chwilę, a później opatulona grubym, wełnianym kocem podeszła do paleniska. Wrzuciła kilka kawałków suchego drewna i podpaliła. Kiedy ogień buchnął, zbliżyła dłonie i w bezruchu tkwiła tak przez kilka minut. Kiedy poczuła, że jest jej już ciepło, postanowiła udać się do sklepu. Nigdy wcześniej nie schodziła ze zbocza góry, na której znajdowała się chata. Nie znała drogi, ale przecież ma czas. Konstancjusz na pewno nie wróci przed zmierzchem.
Mieszkali tu już prawie dwa miesiące i zdążyła przyzwyczaić się do jego nowych obyczajów.
Konstancjusz.
Na wspomnienie mężczyzny, którego już dawno obdarzyła uczuciem, poczuła się lepiej. Było to przyjemne. Mieć z kim spędzić swoje życie. Wcześniej nie myślała o nikim w tych kategoriach. On był pierwszy pod tym względem.
Uśmiechnęła się a potem ubrała ciepłą, zimową odzież i ruszyła w stronę wyjścia.
Zatrzymała się gwałtownie w połowie drogi. Kątem oka dostrzegła coś, czego wcześniej tu nie było. Na stole leżała zgięta w pół kartka papieru. Spojrzała w tamtą stronę. Ktoś coś na niej napisał. Zbliżyła się o dwa kroki i dostrzegła napis: Do Anny.
Przyspieszyła kroku. Nie. To niemożliwe. Nie mógłby mnie tak tutaj zostawić. To nie w jego stylu. List? List pożegnalny? Opanowała się jednak. Na pewno napisał tylko, że wyjechał i będzie wieczorem. Tak…
Rozłożyła liścik.



  
Droga Anno,

Jak zapewne już wiesz, wyjechałem.
Muszę doprowadzić do końca pewne sprawy.
Tak, odnajdę Xaviera.
Nie mogę dłużej martwić się o to, że pewnego dnia odnajdzie mnie.
I tak zwlekałem już zbyt długo. Mógł on wyrządzić nieodwracalne dla naszego przedsięwzięcia szkody.
Muszę zakończyć to raz na zawsze. Dopadnę go, zanim on dopadnie nas. Tym bardziej, że współpracuje z sierżantem policji. To też mnie trapi.
Zabiję Xaviera a później dowiem się jaką wiedzą na nasz temat dysponuje Alex Darski. Jeżeli również i on okaże się niebezpieczny, zajmę się także nim.
Wrócę najdalej za dwa tygodnie.
Wierzę, że poradzisz sobie sama podczas mojej nieobecności.
Jeżeli skończą się zapasy, sklep znajduje się w miasteczku na dole. Możesz tam znaleźć różne inne rozrywki, aby zająć wolny czas. Mają dobrze (jak na taką dziurę) wyposażoną bibliotekę. Są też dwa bary. Polecam ten oddalony od nas nieco bardziej. Serwują wyśmienity Wermut. Jeżeli natomiast zapragniesz rozrywek cielesnych, znajdziesz tam wielu otwartych na propozycje mężczyzn. Z Twoją urodą i wdziękiem nie będzie dla Ciebie problemem zauroczenie jednego z nich.

Konstancjusz       

Co za bezczelny… Pomyślała Anna, odkładając kartkę papieru na stół. Jak mógł mnie tak potraktować? Mam wyrwać jakiegoś menela w barze i się z nim zabawić? Tego chce? Ma mnie za ostatnią kurwę. Najpierw mnie wydymał, a teraz mam spierdalać? Skurwiel! Anna zaczerwieniła się z wściekłości.
Zawróciła od stołu i potknęła się o krzesło, którego nie zauważyła. Złapała równowagę i schwyciła drewniany przedmiot, który nie winien niczego, został brutalnie roztrzaskany o ścianę. Anna poczuła lekką ulgę.
Jak on mógł… jak mógł tak mnie… Usiadła na podłodze i uroniła kilka łez. Oddałam mu siebie. Oddałam mu swoje serce… Oddalam mu ciało…
Podniosła się, ocierając twarz.
Na pewno nie chodziło mu o to. Może… Co może? Jasno napisał, mam iść i dać się wyruchać jakiemuś facetowi. Nie. Przecież on taki nie jest. Na pewno nie chodziło mu o to. Może źle się wyraził albo ja źle coś zrozumiałam, albo jedno i drugie. Tak. Głupia ja. Jak mogłam tak o nim pomyśleć?
Zakończyła batalię, którą jak optymistycznie osądziła, wygrała.
Wróci za dwa tygodnie. Co ja tu będę sama robiła? Pojechał zająć się Xavierem. Dobrze. Ten drugi pewnie też już wszystko wie. Będzie musiał zabić dwóch facetów. Poradzi sobie? Jasne, że tak. Zrobi z nimi to, co kiedyś zrobił z moimi oprawcami. Mój rycerz. Ponownie skierowała się w stronę wyjścia, ale znów coś jej przeszkodziło. Jakaś myśl nie dawała jej spokoju. On wyjechał, a ja uzupełnię zapasy. Co tu dużo myśleć? I nagle zrozumiała. Ta dziwka! Co z nią będzie? Konstancjusz pamiętał o Xavierze i policjancie, ale zapomniał o tej kurwie. Przecież ona wie tyle co tamci. Na pewno dała dupy któremuś z nich, a on wyśpiewał jej wszystko ze szczegółami. Jest równie niebezpieczna jak oni. Ją też trzeba zneutralizować. To nie podlega wątpliwości. Ale on nie pamięta o niej… Nie wspomniał o niej w liście. Napisał, że zajmie się tymi dwoma typami, ale nie nią. Stanęła w miejscu i nie poruszając się, zaczęła intensywnie myśleć. Minęła sekunda, później kolejna, aż uzbierało się ich ponad trzysta. Teraz wiedziała już co ma zrobić. To było jedyne wyjście, aby całkowicie i ostatecznie zatrzeć za nimi ślady.
Wiedziała, że za chwilę wyjdzie a następnie odnajdzie jakiś środek transportu, aby przenieść się do stolicy. Wiedziała, że odnajdzie Tatianę, a później…
Wiedziała, że musi i chce pomóc Konstancjuszowi, a gdyby tego nie było dość… wiedziała, że nie ma zamiaru siedzieć tu bezczynnie i nudząc się oczekiwać powrotu Konstancjusza.
Wyszła.

*

Konstancjusz stał przy drewnianym stole w drewnianej chatce. Położył na blacie kartkę papieru i zaczął kreślić znaki.
Po co ja to robię? Może nigdy tu nie wrócę. Anna stała się zbędnym balastem. Po co sam mam się trudzić i pozbywać jej, skoro mogę ją tutaj zostawić na pastwę losu. Nie poradzi sobie beze mnie. Pomyślał, a napisał: Wierzę, że poradzisz sobie sama podczas mojej nieobecności.
Anna, Anna, Anna. Niepotrzebny przedmiocie. Napisał: …znajdziesz tam wielu otwartych na propozycję mężczyzn. O tak, wielu wieśniaków chętnie cię zerżnie, bo to trzeba ci przyznać, dupę masz wyborną.
Złożył kartkę na dwa i zaadresował. Usłyszał jak Anna poruszyła się w łóżku. Nie czekał, aż wstanie. Miał dosyć widoku tej kobiety. Przebywali ze sobą już tak długo na tak małej przestrzeni. Każdy mógłby zbzikować znajdując się z nią w takich okolicznościach.
Wyszedł szybkim krokiem pozostawiając ją samą.  Wsiadł pospiesznie do Jeepa, odpalił silnik i ruszył gwałtownie, a kamyki podskoczyły pod kołami samochodu.
Jechał ponad pięć godzin. Zrobił sobie tylko jeden przystanek na tankowanie i opróżnienie pęcherza.
Wykrzywił usta uśmiechając się do siebie. Jego osobliwy wyraz twarzy szybko zniknął, pojawił się natomiast nowy. Twarz Konstancjusza wskazywała na jego ogromne skupienie.
Niebawem umrzesz Xavierze. Z godnością lub bez… umrzesz.
Minął budynek, w którym znajdował się hotel Marriott, a w nim apartament Xaviera. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby skierować się w tamtą stronę. Nie taki był jego plan. Nie był głupcem, wiedział, że nie może tak po prostu, zwyczajnie wejść, wyciągnąć broń i zastrzelić tamtego. Musi być przebiegły.
Konstancjusz miał plan. Plan może nie najwyższych lotów, ale na pewno dobry. Taki, dzięki któremu osiągnie swój cel.

*

Około czterech godzin temu Anna zeszła do małego miasteczka położonego u stóp góry, na której znajdowała się chatka.
Stanęła przy ulicy i wyciągnęła rękę.
Zatrzymał się pierwszy z samochodów, prowadzonych przez mężczyznę.
Wsiadła pospiesznie i ruszyli. Powiedziała kierowcy, gdzie zmierza, a on odpowiedział, że może podrzucić ją tylko do połowy trasy, jaką miała do pokonania.
Obiecała, że mu pociągnie, gdy znajdą się w stolicy. Mężczyzna nic nie dodał, tylko przycisnął mocniej pedał gazu.
Teraz Anna była już bardzo blisko Warszawy. Nie miała najmniejszego zamiaru robić mu loda. Powiedziała tak tylko dlatego, że chciała znaleźć się tam jak najszybciej.
Gdy tylko się zatrzymają podziękuje mu, a on może i będzie za nią krzyczał, ale ona wtopi się w tłum i zniknie.
Musi odnaleźć Tatianę. Tylko to się dla niej teraz liczy. Miała nadzieję, że gdy Konstancjusz dowie się o tym, co zrobiła… gdy ona da mu dziwkę na tacy… że Konstancjusz zrozumie, że nie jest z tym wszystkim sam, że ona chce mu pomóc, że jest mu potrzebna, że uzupełniają się…
Chciała przed nim zabłysnąć.
Zaimponować mu.
Niech wreszcie zrozumie, że ma mnie… niech pojmie, że nasze drogi połączyły się kiedyś i już nigdy się nie rozejdą. Jesteśmy dla siebie…
- Czy mógłbyś przyspieszyć? – powiedziała ponętnym głosem do kierowcy. – Wiesz… moje usta nie będą czekały wiecznie…





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz