Rozdział 54


Poprzedni rozdział


Warszawa, 5 stycznia 2014r.
godz. 18.05


Gdy wczoraj dotarł do Warszawy musiał się gdzieś ulokować na te kilka dni. Był jednak poszukiwany, jak przypuszczał i nie mógł zameldować się w hotelu, ani nawet w podrzędnym motelu. Musiał coś wymyślić. I wymyślił.
Znalazł schronienie w jednym z nowo wybudowanych domków jednorodzinnych, tworzących malownicze osiedle.
Zadzwonił dzwonkiem do drzwi. Otworzył mu mężczyzna w średnim wieku. Dobrze wyglądający, zadowolony z życia. Uśmiechnął się i zapytał o co chodzi.
Dostał kulkę prosto między oczy. Nikt z domowników nie usłyszał wystrzału. K jeszcze w samochodzie dokręcił tłumik do swojej zabawki.
Zostawił leżącego, nieżywego mężczyznę tam, gdzie upadł i szybko ruszył naprzód. W kuchni odnalazł jego żonę i wyglądającego na jakieś pięć lat synka. Nie zastanawiał się, a ona nie zdążyła się przerazić jego widokiem. Kulka w klatkę piersiową, a później jeszcze jedna w to samo miejsce, jak z automatu.
I jeszcze jedna, tym razem w głowę ledwo wystającą ponad blat stołu.
Wyszedł na zewnątrz i ukrył Jeepa w garażu, a później rozkoszował się wybornymi trunkami z barku pana domu.
Nie tknął ciał.
Dzisiaj dołączył do niego Alex. Brakowało tylko Xaviera, aby to wszystko zakończyć. No może nie tak od razu. Jest jeszcze ta dziwka Tatiana i druga Anna. Wszystko po kolei.
Pierwszy krok już za nim. Alex siedział przywiązany do krzesła. Drugi krok w trakcie realizacji. Xavier zapewne zmierza tu na złamanie karku.
K czuł spokój. Wszystko zaczynało układać się po jego myśli.
Konstancjusz czuł spokój. Zaczynał wracać do gry.
Pierre czuł spokój. Teraz już będzie z górki.
Nie spieszyć się. Zrobić wszystko dokładnie, ale bez zbędnego zastanawiania się. Powtarzał sobie.

*

Xavier nie miał pojęcia, co zastanie pod wskazanym adresem, ale nawet gdyby wiedział i tak zabrałby broń.
Przemykał z jednego pasa na drugi. Licznik mustanga wskazywał siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. To oczywiście nie był szczyt możliwości silnika, ale nie mógł przemieszczać się szybciej. Ciągle musiał wymijać jakiś inny niespiesznie sunący samochód. Miał mało czasu i wiedział o tym. Przyhamował przed ciężarówką, która zajechała mu drogę. Zmienił pas na prawy i przycisnął pedał gazu, a później wrócił na poprzedni pas przed ciężarówką, której kierowca zatrąbił. Nie zmartwił się tym i nie mrugnął mu pomarańczowymi światłami. Nie przeprosił. Miał to w dupie. Alex może właśnie umierać. Nie może go zawieść. Musi mu pomóc. Musi go uratować, a przy okazji… tak, przy okazji zemści się, zabije tego skurwiela Pierra.
Pół godziny zajęło mu lawirowanie po ciasnych ulicach Warszawy, zanim znalazł się na osiedlu małych domków. Odnalazł wskazany numer i zaparkował.
Pierre ma tutaj dom? Nie miałem o tym pojęcia, ale o kompleksie i o jego podziemnej działalności też nic nie wiedziałem…
Nie zastanawiał się dłużej. Nie miał na to czasu. Musiał działać. Schwycił gnata i wybiegł z auta.
W następnych kilku minutach Xavier czterokrotnie został zaskoczony, zszokowany, zdenerwowany… a ponadto coraz bardziej zbierało mu się na mdłości.
Pierwszym, co zarejestrował po tym jak wbiegł do środka, był mężczyzna leżący na podłodze zaraz przy wejściu. Miał wielką dziurę w czaszce. Wokół niego kałuża krwi. Nie można było przejść tak, aby nie wdepnąć. Jednak to nie był twój dom ty psychopato! Wdepnął delikatnie, na palcach, w czerwoną, lepką ciecz i ruszył dalej, teraz ostrożniej. Zostawiając ślady w kolorze dojrzałych róż.
Rozglądał się dookoła. Przez jakiś czas nic niepokojącego, a później wszedł do kuchni i zastygł, a jego serce waliło coraz mocniej. Krew na białych, kuchennych półkach wyschła, tworząc liczne ślady po tym, jak płynęła w dół. Zobaczył ciało kobiety w kolorowej sukience. Między piersiami miała dwa ślady po tym jak ją trafił.
Kiedy zbliżył się o krok, zobaczył małego chłopca. Chłopca, który zapewne niecelowo naznaczony został jak ojciec, kulą w głowę. Gdyby te wszystkie brednie o życiu po życiu okazały się prawdą… gdyby prawdą okazało się, że każdy z nas ma nieśmiertelną, nienamacalną duszę, chłopiec mógłby spojrzeć sam na siebie, na swoje ciało, które spoczywa w spokoju i ucieszyć się, że został zamordowany jak mężczyzna. Matka dwie kule w klatkę, ojciec i syn po jednej w łeb.
Xavierowi zrobiło się niedobrze.
Odwrócił się i zobaczył wycelowany prosto w twarz pistolet.
Jego ręka automatycznie uniosła się do góry. Teraz dwaj mężczyźni stali twarzą w twarz i mierzyli do siebie.
- Impas? – uśmiechnął się Pierre.
- Dlaczego ich zabiłeś? Co oni ci zrobili? – Xavier pytał o rodzinę, której ciała leżały tam, gdzie upadły.
- Potrzebowałem schronienia, Xavierze. Chyba wiesz, że nie dbam jakoś szczególnie o życie innych.
- Zabiję cię! Zabiję cię i sprawi mi to ogromną rozkosz!
- Wtedy zabijesz również Alexa – zablefował Pierre, ciągle się uśmiechając.
- Gdzie on jest? Jemu też…?
- Nic mu nie jest. Opuść broń, to się z nim spotkasz.
Nie mógł ryzykować życiem przyjaciela. Co, jeśli Pierre mówi prawdę, co jeśli strzeli? Jeżeli Alex nadal siedzi przywiązany do krzesła, umrze z głodu lub z wycieńczenia, zanim ktoś go odnajdzie.
Xavier wahał się przez długą chwilę, a później zrobił to, co kazał mu Pierre. Teraz tylko jedna kula mogła zrobić dziurę w ludzkiej głowie. Druga, co najwyżej mogła wbić się w podłogę.
- Tak dobrze – pochwalił Xaviera, Pierre. – A teraz oddaj mi tą piękną spluwę.
- Nie muszę rzucić jej na podłogę, a później kopnąć w twoją stronę?
- Nie żartuj ze mnie Xavierze.
Pierre ciągle celując zrobił dwa kroki do przodu, a później odebrał broń Xavierowi.
Następne minuty nie były dramatyczne.
Pierre przeprowadził Xaviera do innego pomieszczenia. Do salonu. Przestronnego, jasnego salonu.
 Alex czekał tam na nich. Wyglądał gorzej niż wcześniej. Nadal był związany, ale jego twarz zdradzała zrezygnowanie. Tym bardziej teraz, kiedy ujrzał, że Pierre robi z Xavierem dokładnie to samo co z nim. Karze mu usiąść, a później taśmą przykleja jego ręce do krzesła.
Siedzieli obok siebie. Dwaj wojownicy o sprawiedliwość. Dwaj więźniowie skazani na śmierć. Dwaj przyjaciele…
Siedzieli, lecz nie patrzyli na siebie. Alex wypatrywał czegoś w podłodze… czegoś, czego tam nigdy nie było, a teraz jak mu się zdawało, mógłby zobaczyć.
Xavier bił się z myślami. Ganił się za to, jakim głupcem jest, żeby tak ryzykować. Mógł już dawno wyjechać z Sophie, ale nie. On musiał iść w paszczę lwa. Bez posiłków, bez zawiadamiania policji czy kogokolwiek.
- Panowie, mam dla was niespodziankę – wyszeptał Pierre. Jednak nikt na niego nie spojrzał. – Nie jesteście ciekawi?
- Pierdol się! – warknął Alex, któremu chwilę wcześniej zdjął taśmę z ust.
- Niespodzianką jest to, że za chwilę zginiecie – oczekiwał na coś, co się nie wydarzyło. – Pewnie, że żartuję. To już oczywiście wiecie. Wiecie, że nie ma innej możliwości. Za chwilę dostaniecie po kulce, a później jeszcze po jednej dla pewności. Obie w głowę.
- Powiedziałem żebyś się pierdolił! – Alex znów wybuchnął. Tym razem głośniej.
Pierre zbliżył się do niego i bez najmniejszego zawahania rękojeścią pistoletu, uderzył go w głowę.
Alex nie stracił przytomności, ale zawył czując ogromny ból.
Xavier patrzył na tę scenę, ale nie odezwał się ani słowem.
- Skoro i tak umrzecie to ból chwilę przed śmiercią nie robi wam różnicy, prawda? – Pierre znów był wesoły.
- Robi! – odpowiedział Alex.
- Cieszę się, że zaczęliśmy rozmawiać. Wróćmy do niespodzianki. Choć może to was nie zdziwi. Sam nie wiem. Powiem wam, a wy mnie uświadomicie, czy jest to dla was niespodzianka czy też nie – zrobił przerwę wyczekując z ich strony potwierdzenia, które nie nadeszło. – Tak więc, kiedy tylko z wami skończę, zabiorę się za wasze kobiety. – Gdy zobaczył jak dwie głowy skazane na rozstrzelanie podnoszą się szybko i z zaciekawieniem, kontynuował. – Tak jest panowie. Zajebę te wasze szmaty. Rozpierdolę je, a kto wie może zanim to zrobię, to się z nimi zabawię. – Gdy to powiedział, zdziwiło go słownictwo jakiego użył. Zawsze, zawsze, nawet gdy był zdenerwowany do granic możliwości potrafił wysławiać się w sposób dystyngowany, a teraz?
- One nie są niczemu winne. Już i tak zrobiłeś im wiele złego – Xavier podjął walkę o to, co dla niego najważniejsze. Teraz nie skupiał się już na tym, że zaraz umrze. Myślał o tym, że kobieta, którą kocha umrze niedługo po nim. – Odpuść to Pierre!
- Ty jebany… - dokończył Alex.
- Niestety to jest nieuniknione. A teraz panowie… - wymierzył w głowę Xaviera. – Chcesz być pierwszy? Nie! Ty mnie bardziej zdenerwowałeś – przesunął broń w lewo. Teraz kula przeznaczona była dla Alex. – On umrze pierwszy, a ty będziesz na to patrzył.
Alex zamknął oczy i uspokoił się. Czekał na kulę w łeb.
- I jeszcze jedno pierdolona gnido… - wybełkotał Alex. - Kiedy już ktoś cię zajebie… Wiedz, że zasłużyłeś na to. – Wiedział, że mówi bezsensu. Po co to robił? Potrzebował wyrzucić z siebie ostatnie słowo? Nie mógł powiedzieć nic mądrzejszego? Czytał kiedyś artykuł o tym, co najczęściej mówią skazani na śmierć, jako swoje ostatnie zdanie. I na pewno nie są to takie brednie, chociaż też głupoty, nic dla nikogo, poza skazanym, nieznaczące.
Pierre dotknął tłumikiem broni czoła Alexa, który myślał tylko o tym, że to ostatnia chwila, kiedy może powiedzieć coś mądrego, coś…
- Niech żyje Ameryka! – wykrzyczał.
Pierre zdekoncentrował się na chwilę po tych słowach, ale zaraz znów się skupił.
Zaczął ściągać spust.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz