Rozdział 55


Poprzedni rozdział


Warszawa, 5 stycznia 2014r.
godz. 19.35


Irys nie odpuszczała.
Co prawda raz zwątpiła, uznając że sierżant Alex Darski nie jest człowiekiem honoru i nie spełni jej prośby, odgoniła jednak tę myśl. Wytłumaczyła sobie to faktem, że jest człowiekiem, w życiu którego dzieje się wiele, a nawet jeszcze więcej.
Gdy już miała opuścić kraj, zmieniła zdanie.
Nie może zostawić na pastwę losu kobiety, którą darzy ogromną miłością, kobiety bez której jej by nie było. Kobiety, która kiedyś dała się zerżnąć mężczyźnie i zaszła w ciążę, a później urodziła jej matkę. Matkę Irys.
Nie mogła pozwolić, by babcia walczyła z polskim systemem prawnym w samotności.
Kto wie, co zrobią ze starą sklerotyczką, której wnuczka jest psychopatką?
Opieka zdrowotna nie działa dobrze w tym kraju. Nie działa dobrze? Dla każdego, kto spotkał kiedyś niedouczonego, zmęczonego pracą z polskimi, wymagającymi więcej niż im się należy pacjentami, lekarza, wizyta w szpitalu jest istną katorgą. Mówi się, że jeśli masz kasę będziesz zdrowy, jeśli jej nie masz – zdychaj. Czy taka jest prawda? Gdyby było chociaż tak, byłoby nienajgorzej. Jest jednak inaczej. Masz pieniądze, czy ich nie masz, twoje ciało nie zostanie uzdrowione, chyba  że udasz się do innego, mlekiem i miodem płynącego kraju. Są takie kraje?
Wiara w niedoścignione, niezależne od nas pragnienia nie umiera. Babcia musi mieć opiekę.
Irys postanowiła spotkać się z sierżantem i opowiedzieć mu wszystko od początku, a później ponowić prośbę o pomoc dla jej kochanej… Wiedziała, że po tym jak to zrobi, on skuje ją i zamknie na lata, ale nie mogła inaczej. Nie ona była tu najważniejsza. Ona od lat nie czuła szczęścia. Nie radowały jej rzeczy małe, ani duże. Życie nie sprawiało jej frajdy, przestało być priorytetem. Co prawda miała cel. Zemstę. Teraz jednak, gdy go osiągnęła, nic nie miało już sensu. Postanowiła oddać swoje życie, za życie babci.
Dzisiejszy dzień, dzień w którym miała rozwiązać niedokończone sprawy, sprawił jej kilka niespodzianek.
Jakiś czas temu zaparkowała swój samochód na parkingu obok pordzewiałego mercedesa i już miała wysiąść i udać się na najważniejszą w jej życiu rozmowę, gdy nieoczekiwanie zobaczyła, że nie tylko ona obserwuje okolice. Kilka aut dalej dostrzegła znajomą twarz. Twarz Anny. Co ona tu robi? Tylko tyle zdążyła pomyśleć, gdy zobaczyła nagłe poruszenie. Anna wzdrygnęła się i uważnie czemuś przyglądała, poruszając powoli głową.
Irys spojrzała w tamto miejsce i zobaczyła Tatianę. Wymaszerowała z budynku, w którym mieszkał Alex. Wyglądała na zadowoloną z… wszystkiego.
Anna pojechała za nią.
Irys otworzyła drzwi, ale znów coś ją zatrzymało.
Konstancjusz wszedł tam, skąd chwilę temu wyszła Tatiana. Minęli się o kilka sekund.
Co tu jest kurwa grane? Zbyt duże zagęszczenie psychopatów jak na jeden metr kwadratowy.
Zatrzasnęła drzwi. Nie chciała spotkać mężczyzny, z którym łączyło ją tak wiele wspólnych wspomnień. Dobrych i złych. Miłych i przerażających.
Czekała.
Później Konstancjusz wraz z Alexem wsiedli do Jeepa.  Nie. Nie. Nie. Nie możesz mi tego zrobić K. Potrzebuję go.
Pojechała za nimi i czekała przed domkiem jednorodzinnym na rozwój wypadków.
Ucieszyła się, gdy podjechał Xavier i pędem wbiegł do środka. Pędem – to w jej mniemaniu nie było wskazane jeżeli chodziło o K. Należało raczej działać powoli, z rozwagą.
Może jednak mu się uda i ocali Alexa.
Czas mijał i gdy nikt się nie pojawił, postanowiła wkroczyć do akcji.
Zakradła się do drzwi, a następnie wślizgnęła do środka. Nie uderzył jej widok zastrzelonego mężczyzny. Nie takie rzeczy już widziała. Ucieszyła się, że nie był to nikt kogo znała. Powoli ruszyła dalej, zostawiając czerwone odciski stóp obok tych, które pozostawił ktoś przed nią.
Zobaczyła jak K rozmawia z dwoma przywiązanymi do krzeseł…
Później Alex powiedział: Niech żyje Ameryka – nawet ją to rozbawiło. Szybko jednak na powrót się skoncentrowała i zobaczyła jak Konstancjusz celując w Alexa zaczyna zaciskać palec na spuście. Nie mogła na to pozwolić. On nie mógł zginąć. Co miała robić? Szybka decyzja. Musiała działać już teraz. Następnej szansy nie będzie.

*

Pierre nie był człowiekiem, który rozmyśliłby się w ostatniej chwili. To było już postanowione. Obaj zginą. Najpierw sierżant, a później bogacz. Zginą tu i teraz.
Wycelował i…

*

Alex wiedział, że umrze w ciągu najbliższych kilku sekund.
Zamknął oczy i czekał.
Oczami wyobraźni zobaczył twarz Tatiany i uśmiechnął się…

*

Xavier nie mógł uwierzyć, że dali się tak łatwo podejść. On – miał się za wyjątkowo inteligentnego. Alex – miał go za… policjanta. Policjant nie powinien być aż tak łatwym celem.
Było jednak za późno na cokolwiek.
Alex za chwile dostanie kulę. Później ja. Co za gówno…

*

Konstancjusz zacisnął palec mocniej, a iglica była gotowa do uderzenia. Nabój czekał aż dostanie klapsa w dupę i będzie mógł polecieć i siać zniszczenie…

I nastąpił… Huk… Serca wszystkich prócz Pierra, zaczęły bić szybciej. O wiele szybciej.
Dźwięk wystrzelonego pocisku zalał pomieszczenie. Demoniczny dźwięk końca.

Xavier poczuł jednocześnie żal i strach. Żal po stracie przyjaciela i strach przed stratą własnego życia, która nastąpi za chwilę…

K, Konstancjusz czy też Pierre, nie poczuł nic, nie mógł uwierzyć… jak to mogło się stać…?

Irys nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Niby zrobiła to, co uważała za słuszne, ale czy aby na pewno do końca? Może jeszcze raz? Nie. Na razie wystarczy.

Alex siedział na swoim miejscu z kulą, która rozpłatała mu… Nie… Kula nie wyrządziła mu krzywdy. Siedział i był przywiązany, ale Pierre musiał spudłować.
Kurwa. Zaraz dostanę kulę. Drugi raz nie spudłuje.
Czekał, aż do momentu, gdy usłyszał jak ktoś krzyczy z bólu. Zmienił zdanie i postanowił najpierw zabić Xaviera?
Otworzył oczy i ujrzał jak Pierre zwija się na podłodze, obejmując obiema rękami prawą nogę, z której wypływa życiodajny płyn.

- Nie podnoś się – powiedziała Irys do K, ciągle w niego mierząc.
Nawet nie drgnął. Zabrała mu broń, a następnie uwolniła więźniów, którzy nie wierzyli w to, co widzą.
Podała Alexowi zarekwirowaną chwilę wcześniej spluwę, a on automatycznie wymierzył w Pierra.
- Nie tak prędko Alexie – Xavier nie zwracał uwagi na Irys. Właściwie w tym momencie nikt już tego nie robił.
Alex nie odezwał się ani jednym słowem tylko spojrzał w oczy przyjaciela. Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas, a później Alex podał mu broń.
- Chyba musimy porozmawiać – uśmiechnięty Alex zwrócił się do Irys, a ona potulnie skinęła głową. – Może wyjdziemy na zewnątrz?
Zrozumiała wszystko.
- Przepraszam cię K… przykro mi, że tak to się skończy – powiedziała i razem z Alexem wyszła na zewnątrz.

- Nie spodziewałeś się tego, prawda? –zapytał Xavier.
- Dziwne… dziwne… są… ko… koleje losu – odpowiedział Pierre z zaciśniętymi z bólu zębami. – Za… zasługujesz na… to… żeby mnie… zlikwi… dować. A… a ja… nie zasłu… guję… na to, żeby… żyć…
- Cieszę się, że się zgadzamy.
- Nie… zrozu… miałeś… mnie… Nie zasłu… guję… na to, bo… dałem się… podejść.
- Zwał jak zwał…
- Strze… laj… Xavierze.
- Nie żartuj. Nie będzie aż tak łatwo.

*

Irys domyślając się brutalnych scen, które właśnie dzieją się w domku obok którego stała, odezwała się, nie pozwalając nieistotnym myślom zalegać zbyt długo w umyśle.
- Przepraszam za wszystko.
- Irys… Irys… Irys… - Alex uśmiechnął się po raz kolejny. – To twoje prawdziwe imię?
- Panie sierżancie, chyba powinien mnie pan aresztować – wyciągnęła przed siebie ręce.
- Powinienem, powinienem, ale trochę się zmieniło. Uratowałaś nam dupska…
- Zjawiłam się, żeby coś wyjaśnić.
- Słucham w takim razie. Wręcz zamieniam się w wielkie ucho – Alexowi dopisywał humor po tym, jak w ostatniej chwili ocalił życie.
- Tadeusz Rosenkranz – spochmurniała. – To wszystko nie jest tak, jak wam się wydaje.
- Więc jak jest w rzeczywistości? – niecierpliwił się z lekka Alex.
- Owszem, zrobiłam mu to, co mu zrobiłam, ale nie bez powodu…
- To dziwne – przerwał jej. – On twierdzi, że okaleczyłaś go, bo jest Żydem, a ty…
- Tak właśnie wam powiedział? – zdziwiła się. – To skurwiel.
Zamyśliła się nad czymś.
- Może więc powiesz jak to wyglądało od twojej strony?
- Oczywiście. Przepraszam. Już mówię. Po prostu to, co powiedziałeś przed chwilą totalnie mnie zaskoczyło. Nie jestem rasistką. Nigdy nie byłam… cenię sobie wielokulturowość. Jest ciekawa. To dobrze, kiedy człowiek może spotkać ludzi różnych wyznań czy narodowości. To nas wiele uczy. Zawsze niemiłosiernie wkurwiali mnie wszyscy ci dresiarze bijący Murzynów. To jest żałosne. Ja rozumiem, że taki dresiarz jest tchórzem, boi się wszystkiego i nie ma żadnych perspektyw… na nic. I robi to właśnie dlatego, żeby poczuć się silnym, coś znaczącym… Najpierw pakuje na siłowni, a później na ulicy ustawia sobie słabszych, bo myśli, że będzie lepszym, stając się gorszym. Staje się większym idiotą, niż był do tej pory. Wiem, wiem, to ze strachu, ale naganne. Ja nigdy taka nie byłam – przerwa na złapanie oddechu. – Tego skur… Tadeusza Rosenkranza poznałam, gdy byłam jeszcze dziewczynką. On… on… szedł za mną, a później zaciągnął mnie podstępnie… on… zgwałcił mnie… on jest cholernym pedofilem!
Oczy Alex znacznie się rozszerzyły.
- Ja poprzysięgłam zemstę. Już wtedy. Już wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką, która nie ma pojęcia czym tak naprawdę jest zemsta… a może w ułamku sekundy dojrzałam… Nieważne. Ważne, że poprzysięgłam, że pewnego dnia odnajdę go i zabiję. Później spotkałam K – mimowolnie zerknęła w stronę domu. – On pokazał mi wiele rzeczy… jedną z nich było to, że zemsta wygląda inaczej… Pociągnięcie za spust nie rozładuje agresji jaka w tobie drzemie. Xavier zapewne wiedziałby o czym mówię, biorąc pod uwagę, że jeszcze do nas nie dołączył – prawie niezauważalny uśmiech.
- Dlatego pocięłaś go na kawałeczki…
- Zgadza się – przytaknęła bez ogródek. – On… zniszczył mi życie. Mówi się, że ofiary pedofilii nie potrafią egzystować normalnie już nigdy. Myślę, że każdy kto tak mówi, a sam nie znalazł się nigdy w takiej sytuacji, wyrzuca z siebie to zdanie, ale tak naprawdę nic ono dla niego nie znaczy. To trzeba przeżyć… Brzydzę się dotyku mężczyzn… Boję się dotyku…  Nie potrafię choćby przez tydzień o tym nie myśleć. Uwierz mi, że to zostawia wielki ślad. Co prawda Konstancjusz pomógł mi nieco nad tym zapanować… ale… Ja nigdy o tym nie zapomnę. Nie można o tym zapomnieć.
- Rozumiem – rzucił z wyczuciem Alex. Nie wiedział czemu, ale wierzył jej. Wierzył w każde słowo.
- Nie sierżancie. Nie rozumiesz. Nie wiesz, jak to jest.
- Przepraszam, masz rację – poprawił się.
- To miłe, że mi współczujesz. Ale zrozum, że to co mu zrobiłam…
- Jest usprawiedliwione? – starał się wyprzedzić jej słowa.
- …jest dobre! – spiorunowała go wzrokiem. – To jest DOBRE! Tak właśnie powinno się traktować pedofilii!
- Jest coś mądrego w tym, co mówisz.
- Dziękuję, a teraz zanim mnie skujesz, bardzo cię proszę… błagam cię… zaopiekuj się moją babcią. Ona…
- Przepraszam, całkiem o tym zapomniałem – zawstydził się Alex. – Oczywiście twoje wyłudzone od Xaviera pieniądze mam nadal, są bezpieczne. Zajmę się wszystkim jutro. Masz moje słowo.
- Byłabym bardzo wdzięczna. Czyń swoją powinność – już drugi raz dzisiaj wystawiła w jego stronę ręce, gotowa dać się zaobrączkować.
Alex zastanawiał się przez chwilę, a później gdy już podjął decyzję, oboje stanęli jak sparaliżowani.
Wystrzał.
Wystrzał w domu.
Xavier to zrobił. Zabił go. Trzeba będzie to wszystko dobrze rozegrać. Komisarz nie uwierzy w przypadki. Pomyślał zimno Alex, a powiedział:
- Idź stąd.
- Słucham? – zdziwiła się Irys.
- Wierzę ci. Jestem sierżantem policji i powinienem cię mimo wszystko aresztować, ale… po prostu idź stąd.
Nic nie odpowiedziała. Nie podziękowała, ani o nic więcej nie pytała. Podjął decyzję. Według niej dobrą decyzję. Jest dobrym człowiekiem. Babcią też się zajmie.
Zwyczajnie odwróciła się na pięcie i odeszła.
- Tylko żebyśmy się już nie spotkali – krzyknął Alex na pożegnanie, ale ona już go nie słyszała.

Xavier wyszedł na zewnątrz i usiadł na schodku przed domem. Ubranie spryskane krwią. Twarz spryskana krwią. Przetarta wierzchem dłoni.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział, a później Xavier spojrzał wymownie na Alexa i ze zmęczeniem na twarzy wyszeptał:
- Załatwione.




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz