Rozdział 56


Poprzedni rozdział


Warszawa, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.31
ALEX


Po raz kolejny wrócił do tamtej chwili. Po kolei. Nieśpiesznie. Krok po kroku zrekonstruował wydarzenia sprzed tygodnia.
Pierwsze. Tatiana żegna się z nim. Pojechała się spakować, aby wprowadzić się do niego. Dojechała do siebie. Tak. Ślady krwi przy drzwiach.
Drugie. Pierre porywa go i wabi Xaviera. Cholerny K nie mógł być w dwóch miejscach naraz. To nie on.
Trzecie. Zjawia się Xavier. Jatka. K umiera. Irys – wybawicielka. Może to ona… Nie. Jest doświadczona przez życie. Owszem zrobiła co zrobiła, ale miała powód. Po co miałaby porywać Tatianę? Nie była typem człowieka, który robi coś bez celu. Z drugiej strony była wychowanką K. Mógł jej namieszać w głowie. Namieszał jej w głowie. Ale… Nie… to za bardzo naciągane.
Czwarte. Pożegnanie z Xavierem, który następnego dnia ma opuścić Polskę na zawsze. Zabrał Sophie do Francji i zapadli się pod ziemię. Może… Nie… to już przesada. Nie mogę go podejrzewać. Może powinienem sprawdzić każdy trop? Tatiana nie mogła tak po prostu wyparować. Ale Xavier? Wariuję już przez to wszystko.
Piąte. Alex udaje się do mieszkania Tatiany. Nie zastaje jej. Na podłodze ślad krwi. Broniła się? Kto do cholery jej to zrobił? Upadła i rozbiła sobie głowę. Tak właśnie musiało być. Ten ktoś ją zaskoczył i upadła…
Szóste. Alex zawiadamia policję. Nie jest już policjantem, został zwolniony za niesubordynację, ale dalej ma przynajmniej jednego człowieka w firmie. Jego przyjaciel, sierżant, informuje go, że sprawa porwania stoi w miejscu, pierwszego dnia, drugiego, kolejnego… dzisiaj to samo. Kurwa. Przepadła bez śladu.

Alex Darski poczuł głód. Mało jadł przez ostatnie kilka dni. Nie miał apetytu. Kto jadłby, kiedy jego kobieta w każdej chwili może umrzeć. Teraz jednak musiał coś skonsumować, inaczej przewróci się i umrze z głodu.
Usiadł w jednej z tanich, śmierdzących restauracyjek, których w ostatnich latach namnożyła się znaczna ilość. Zamówił pierwsze danie z karty, nie patrząc nawet, co to jest.
Kelnerka przyniosła mu kawałek pieczeni, kilka nieświeżo wyglądających ziemniaków i surówkę z kapusty i kapusty… Miał gdzieś co zje, byleby tylko napełnić żołądek.
Pomyślał o tym, że Xavier ma sposoby na odnajdywanie zaginionych czy ukrywających się, ale nie odbierał od niego telefonu. Musiał być zajęty. Chce odpocząć. Rozumiem go, ale kurwa… Xavier odbierz ten jebany telefon! Pomyślał przykładając raz po raz… telefon do ucha. Nic. Kilka sygnałów, a później automat oznajmia: zostaw wiadomość po sygnale. Nagrał się tak jak codziennie od kilku dni. Bez odzewu.
Nie miał innych pomysłów. Nie wiedział, co ma zrobić. Czuł się całkowicie, absolutnie bezradny. Machnął ręką i zrzucił talerz do połowy wypełniony starym, tanim jedzeniem, na podłogę.
- Eeeej, zapłacisz za to! – krzyknęła zdenerwowana kelnerka.
- Przepraszam, zapłacę.
- A kto to posprząta? – spiorunowała go wzrokiem.

Alex Darski przystanął kilka kroków przed restauracyjką. Zrezygnowany, zdenerwowany, rozpaczający w głębi… nie miał pojęcia… nic nie wiedział. Chciał pójść dalej, ale gdzie? Pustka w jego głowie odebrała mu chęć do czegokolwiek.
Stał jak zahipnotyzowany, a tłum ludzi pospiesznie pędził, omijając go… czasami przypadkiem lub nie, szturchając go. Nikt nie przeprosił. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Jakby go nie było. Dla innych nie istniał. Dla siebie nie istniał.


Warszawa, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.32
KOSTKA


Pokoje bez klamek witały odwiedzających klaustrofobiczną ciszą.
Nie było to miejsce jak z filmu, gdzie ześwirowani pacjenci latają nad kukułczym gniazdem. Oczywiście było kilku takich, którzy oczami chorej wyobraźni widzieli smoki, skrzaty, czy krwawiące ściany, byli oni jednak w mniejszości.
Typowy, jeśli można tak go określić, pacjent tej placówki, znalazł się tutaj tylko dlatego, że nie potrafił poradzić sobie z wszechobecną, pochłaniającą go beznadziejnością.
Nie było tu wesoło, jak w wyobrażeniach scenarzystów. Lekarze działali automatycznie. Tabletka, kaftan, tabletka. Nikt nie zwracał uwagi na konkretne zaburzenia konkretnego człowieka.
Pacjenci pozostawieni na pastwę omamów… ci pacjenci, którzy w pewnym sensie znaleźli się tutaj na własną prośbę, zastanawiali się czy podjęli słuszną decyzję. Czy to coś zmienia? Czy na zewnątrz nie jest tak samo? Czy pomoc, którą tutaj otrzymują…? Czy w ogóle otrzymują tu jakąkolwiek pomoc? Czy po pobycie tutaj już nie chcą odebrać sobie życia? Czy po dłuższym pobycie tutaj nie będą chcieli tego zrobić?
Pacjenci nie zaprzyjaźniali się. Przeciętny człowiek, kiedy pomyśli o szpitalu psychiatrycznym, stwierdzi, że wszyscy się tu znają i razem przeżywają swoje fantastyczne uniesienia. Jest inaczej. Każdy żyje tu w odosobnieniu. Nikt nie ma ochoty poznawać innych wariatów. Jego świat jest najważniejszy. Nic innego nie ma znaczenia.
Nawet gdyby było inaczej, gdyby wszyscy wzajemnie się kochali… Tamary Kosteckiej to by nie dotyczyło.
Tamara Kostecka całymi dniami przesiadywała w swoim pokoju o pomalowanych na biało ścianach, bez kanciastych krawędzi.
Nadal nie było z nią żadnego kontaktu.
Lekarze twierdzili jak jeden mąż, że pozostanie w tym stanie do końca swoich dni.
Wpatrywała się w ścianę, jakby widziała tam coś pięknego, coś, co przynosi jej ukojenie, coś, czego nie widzi nikt inny… Jej twarz była spokojna.
Jako jedna z nielicznych, Tamara Kostecka miewała cotygodniowego gościa. Jej była współlokatorka przynosiła jej owoce i słodycze… troszczyła się o nią, jak o własną siostrę.
Dziś wypadał dzień wizyty…


Gdzieś w Polsce, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.33
TATIANA


Przywiązaną do pala, siedzącą nago na nieheblowanej, drewnianej podłodze, obudziło zatrzaskiwanie drzwi.
Otworzyła oczy, ale przez opaskę nie widziała zupełnie nic.
Śpiąc, nie odczuwała koszmaru, jaki ją spotkał po tych wszystkich dobrych chwilach. Teraz znów była świadoma tego wszystkiego.
Miało być tak pięknie. Może nie byłam najporządniejszą, najlepszą partią… dla kogokolwiek, ale… Chciał mnie. Chciał spędzić życie z kurwą. Odnalazłam to, czego szukają wszyscy. Odnalazłam to choć według wielu nie miałam prawa. Nie miałam prawa do uczucia. A jednak...
Usłyszała jak kobieta, która ją więzi, dokłada drewna do kominka.
Gdyby nie ona, spędzałabym czas w jego… w naszym mieszkaniu. Byłoby cudownie. Ciepło jego ciała o poranku…
Kobieta zbliżyła się do niej. Tatiana poczuła strach, a później jej dłoń na swoim policzku.
Nie uderzyła jej, aby rozładować frustrację. Nie chciała zrobić jej krzywdy?
Delikatnie przesuwała ręką w górę i w dół, głaszcząc twarz więźniarki.
- Jesteś piękna. Naprawdę piękna – odezwała się niespodziewanie kobieta.
- Dziękuję – Tatiana nie wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć. Nie chciała rozdrażnić tamtej. Starała się być sympatyczna, kiedy ona okazuje jej serce. Co prawda przetrzymuje ją nago w mroźne noce, ale teraz coś się najwidoczniej zmieniło… Już nie chce mnie zabić?
- Powiedz mi Tatiano, jak taka piękna, młoda dziewczyna została dziwką?
Zna mnie. Wie co robiłam. Skąd?
- To długa historia… Wolałabym dowiedzieć się, o co tu chodzi… Dlaczego mnie tu przetrzymujesz? – zapytała najspokojniej jak mogła.
- Tatiano, nie musisz tego wiedzieć – odpowiedziała szeptem, głaszcząc jednocześnie ten sam policzek, tą samą ręką. – Proponuję abyś przemyślała sobie wszystko… powspominała. Niebawem umrzesz, więc to chyba nienajgorszy pomysł. Jak myślisz?
Przerażona Tatiana nie czuła już dotyku tamtej. Słyszała jedynie kroki oddalającej się kobiety.


Gdzieś w Polsce, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.44
ANNA


Anna nie miała wieści od Konstancjusz. Zaczęłaby się o niego martwić, gdyby nie to, że uważała go za człowieka, który zawsze ląduje na czterech…
Była cierpliwa.
Tęskniła.
Nie mogła doczekać się, kiedy da mu prezent, prezent z którego ucieszy się bardziej niż kiedykolwiek. Prezent dzięki któremu wreszcie doceni ją tak jak powinien, już dawno temu.
Anna nie miała pojęcia, że już nigdy nie zobaczy mężczyzny, na którego zaufanie ciężko pracowała.
Anna nie była świadoma, że mężczyzna, którego na swój pokrętny sposób pokochała, mężczyzna, o którym myślała, że odwzajemnia jej uczucie…
Anna cieszyła się na coś, co nigdy nie nastąpi.
Anna żyła nadzieją lepszego jutra. Jutra, którego nie było na horyzoncie.
Anna nie wiedziała, że K… Konstancjusz… Pierre… Nie wiedziała, że oddał życie walcząc do końca o sprawę, w którą wierzył, jak w nic innego.
Położyła się w jego łóżku w starej chacie, która teraz należała już tylko do niej, choć ona jeszcze o tym nie wiedziała.
Spojrzała w lewo i dostrzegła zarys sylwetki… kobiecej sylwetki…





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz