Rozdział 57


Poprzedni rozdział


Bordeaux, 13 stycznia 2014r.
godz. 7.45


Xavier czuł jak powraca spokój. Czuł się znów dobrze. Ocalił Sophie. Pomścił Sophie. Teraz mogło być już tylko lepiej.
Ostatnie dni spędzili na wypoczynku.
Dom we Francji przywitał ją jak należało. Wzruszyła się, gdy tu dotarli. Prawie się rozpłakała. Powstrzymała jednak łzy… nie chciała płakać… wylała z siebie już wystarczająco dużo.
Gdy zobaczyła, że nie zmienił nic w jej pokoju, w jej ostoi ciszy i bezpieczeństwa, objęła go i delikatnie, ucałowała, a później się odwróciła. Nie oswoiła się do końca z tym, że patrząc na nią widzi to, co widzi. Było jej ciężko, ale dawała sobie radę. Nie poddaje się. Ucieszył się Xavier.
Nie miał pomysłu na ich wspólną przyszłość. Rozmyślał dniami i nocami nad tym co zrobić, aby poczuła się lepiej. Wpadały mu do głowy różne pomysły. Zapisywał je, aby nie umknęły. Chciał je wprowadzić w życie za kilka tygodni. Najpierw niech odpocznie w miejscu, które dobrze zna.

Dzisiaj Sophie zrobiła kolejny krok do przodu.
Xavier stał przy oknie rezydencji i patrzył jak kobieta bez twarzy przechadza się między winoroślami. Zatrzymywała się co chwilę i przyglądała krzaczkom. Zawsze lubiła to robić. Później porwał ją Pierre, a teraz znów…
Sprawiło mu to przyjemność. Po prostu stał i patrzył na nią. Znów się zatrzymała.
Dostrzegł, że zbliża się do niej jeden z pracowników. Wiedział, że to nie wróży dobrze. Mężczyzna podszedł na odległość kilku kroków, a ona gdy tylko go zobaczyła, zerwała się i uciekła do domu. Biegła ile sił w nogach.
Xavier wiedział, że nie chodzi o strach przed obcym człowiekiem. Nie bała się, że coś jej zrobi. Bała się, że ją zobaczy. Bała się, że zobaczy jej okaleczoną twarz. Uciekła.
Xavier zasmucił się. Potrzebujemy czasu. Oboje.
Wbiegła do domu. Ominęła go, nie zwracając na niego uwagi i udała się do siebie.
Poszedł za nią. Wiedział, że chce być sama, ale z drugiej strony… z drugiej strony nie chciał zostawiać jej samej z koszmarami.
- Sophie – zaczął najdelikatniej jak tylko potrafił.
- Proszę, chcę zostać sama – odpowiedziała chowając głowę w poduszce.
- Sophie – przytulił ją. – Poradzimy sobie z tym razem – wiedział, że to tylko wyświechtany frazes. Nie wiedział jednak, co innego mógłby powiedzieć w tej sytuacji.
- Chcę zostać sama – podniosła głos, ale nie krzyczała.
Ucałował ją w tył głowy i wyszedł zostawiając samą.
Unikała go przez cały dzień.
Kilka razy przychodził z jedzeniem, ale zamknęła drzwi na klucz. Nalegał, żeby go wpuściła, ale ona nie reagowała.
Ucieszył się gdy wieczorem znów się zjawił i zobaczył, że talerz z jedzeniem, który zostawił jej pod drzwiami jest pusty. Przynajmniej coś zjadła.
Poszedł spać. Nie zasnął od razu. Długo leżał i rozmyślał.

Następnego dnia wstał po dziewiątej, a ona już po porannej toalecie przyrządzała śniadanie.
Gdyby nie blizny na jej twarzy byłby pewien, że się uśmiecha.
- Witaj, Xavierze – zbliżyła się do niego i ucałowała czule. Nie odwróciła głowy. Patrzyła mu w oczy. Odważnie.
Zjedli śniadanie w jadalni, przy wielkim oknie wychodzącym na ogród. Gdy chciał wstać i odnieść naczynia, schwyciła go ręką i zatrzymała.
Usiadła na jego kolanach i wtuliła się w jego ramię.
- Wiesz, że cię bardzo kocham? – jej spokojny głos łagodził…
- Wiem, ja też… - nie dokończył. Przycisnęła palec do jego ust.
- Nie mów nic. Pozwól mówić mnie – znów ukryła twarz, tuląc się do niego. – Chciałabym się upewnić, że wiesz o tym, jak bardzo było mi z tobą dobrze… i jest nadal. Wiem, jak wyglądam i nigdy się z tym nie pogodzę…
- Możemy…
- Nic nie możemy Xavierze. Chciałabym, abyś nosił w sobie obraz mojej twarz sprzed… tego. Chciałabym, abyś zasypiając przypominał sobie, jak kiedyś wyglądałam.
- Sophie…
- Proszę cię… - nie pozwoliła dojść mu do słowa. – Chciałabym… a to wszystko dlatego, że jesteś dla mnie bardzo ważny, a twoje szczęście jest dla mnie dużo ważniejsze od mojego własnego. Chciałabym, abyś kiedyś znalazł sobie jakąś sympatyczną kobietę i był z nią szczęśliwy.
- Sophie, jak możesz… - oburzył się.
- Xavierze, przestań żyć w mydlanej bańce… przestań żyć złudzeniami jak w bajce… Nie możesz udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie jestem tą samą dziewczyną, którą poznałeś i w której się zakochałeś. Jestem już zupełnie kimś innym. Nie tylko fizycznie.
- Kocham cię Sophie!
- Wiem, wiem o tym… - przytuliła go mocno.

Dzień minął im bez większych niespodzianek.
Jedli. Oglądali film. Czasami się uśmiechali. Było miło.
Poszli spać.

Zimowe, ostre słońce obudziło go natarczywie oślepiając nawet przez zamknięte powieki.
Wstał, pełen nadziei. Przedwczoraj miała kryzys, ale wczoraj chyba go zażegnała. Będzie dobrze.
Nie odnalazł jej w domu. Jej pokój był pusty. Łazienka pusta… salon… kuchnia. Nic. Ani śladu.
Pewnie wyszła do ogrodu.
Tam jednak też jej nie było. Zaczynał się martwić, a jego lęk narastał coraz bardziej, aż wybuchnął z impetem, gdy usłyszał krzyk któregoś z pracowników winnicy.
Wstrząśnięty, przerażony mężczyzna biegł w jego stronę wymachując na oślep rękoma. Krzyczał coś niewyraźnie po francusku.


Bordeaux, 15 stycznia 2014r.
godz. 8.02


Sophie wiedziała, że to jedyny sposób, aby po pierwsze pozbyć się tego okrutnego brzemienia i po drugie, aby pozwolić mu odejść. Pozwolić mu żyć dalej i być szczęśliwym.
Była absolutnie pewna, że już nigdy nie będzie się czuła choćby dobrze…
Była absolutnie pewna, że on już nigdy nie będzie się czuł przy niej choćby dobrze… Może chwilami tak, ale z dnia na dzień będzie sobie uświadamiał… uświadamiał, że nie jest szczęśliwy… że żyje pod jednym dachem z… z nikim innym jak z potworem.
Będzie spędzała czas w domu. Cały swój czas. Nawet w ogrodzie może kogoś spotkać. Nie będzie wychodziła. Będzie miał tego dosyć.
Nie ma najmniejszego sensu ciągnąć tego dalej. Wczoraj to postanowiła. Wiedziała, co musi zrobić. Dzisiaj nadszedł ten dzień.
Wstała przed nim. Ubrała się ładnie. To była okazja. Ważny dzień. Pomalowała paznokcie. Nie nałożyła makijażu, bo jak? Zresztą nie mogła patrzeć na siebie w lustrze zbyt długo. Po co psuć sobie dzień. To miał być przecież piękny dzień. Święto.
Wreszcie się wyzwoli. Nie poczuje tego, ale tak właśnie będzie. Nie będzie musiała dłużej znosić trudów życia z blizną zamiast twarzy.
Będzie mu przykro. Tak, na pewno będzie. Minie jakiś czas i zrozumie. Przyzna mi rację. Kiedyś stwierdzi, że zrobiłam dobrze. Xavier… Xavier… myśli, że to jego wina. Napisał książkę i jak się okazuje zatrudniał tego… Pierra. Myśli, że to przez niego… myśli, że wpłynął na tamtego aż tak bardzo. To też pojmie… kiedyś uzna, że jego książka nie mogła aż tak zmienić człowieka. A to, że zatrudnił psychopatę? Właściwie to jego ojciec, kiedy jeszcze żył… to on przyjął go pod swoje skrzydła. Może gdyby Xavier przedstawił mnie Pierrowi. Gdybym go znała… Co wtedy? Nic. Zupełnie nic by to nie zmieniło. Stało się. I nie ma odwrotu. Xavier przestanie się obwiniać… a kiedyś może wybaczy mi to, że go zostawiam.
Sophie ruszyła w stronę pól. Pól porośniętych krzaczkami. Nie dawały owoców. Było za zimno. Nie ta pora roku. Ale były tam. Stały odważnie, czekając…
Uszła jakieś pięćset metrów i odwróciła się.
Piękny dom. Zawsze kochała rezydencję rodziny Lorrain. Żałowała, że musi się z nią pożegnać.
Usiadła na ziemi przy jednym z krzaczków. Podniosła do góry prawą dłoń, w której trzymała narzędzie. Narzędzie unicestwiania, wyzwalania…
Słońce świeciło jej w plecy. Czarny, błyszczący Glock miał załadowaną tylko jedną kulę. Przeładowała. Włożyła lufę do ust. Nie myślała długo. Na przemyślenia miała czas wcześniej. Teraz była już gotowa. Gotowa pożegnać się na zawsze.

Pociągnęła za spust.
Kula wpadła do środka i wyrwała dziurę z tyłu głowy.
Żywota dobiegł los kolejnej z naznaczonych symbolem kruka. Ostatniej z tych, które chciały to zrobić. Los kobiety, która po traumie jaką przeżyła w podziemnym kompleksie…
Ciało Sophie opadło bezwładnie na ziemię.
Czy była egoistką? Czy myślała tylko o sobie, odbierając sobie życie? Czy nie przejmowała się tym, że jej bliscy będą cierpieć?
Martwiła się tym. Było jej z tym źle. Ale jak każda istota ludzka dbała najbardziej o swoje dobro. Inni mogą się okłamywać i potępiać takich jak ona, ale ona wiedziała… Zrobiła to, co uznała za najlepsze.
Nie była egoistką. Była wielkoduszną istotą z egoizmem jako jedną z dodatkowych cech.
Nie żyła.


Bordeaux, 15 stycznia 2014r.
godz. 8.32


Xavier pobiegł za krzyczącym mężczyzną.
Już wiedział.
Jednak nie dowierzał. Mimo iż to nie mógł być jakiś głupi żart, nie wierzył, że to sobie zrobiła.
Przecież wczoraj było już dobrze. Zaczynała… Sophie… Jak mogłaś to zrobić?
Przytulił bezwładne ciało.
Dwoje ludzi… mężczyzna i kobieta… on żywy, rozpaczający… ona martwa, nieodczuwająca… leżeli między krzaczkami… leżeli dłużej, niż było to konieczne. Żegnali się ze sobą. Oddawali sobie ostatnie wyrazy czułości.

Po kilku godzinach, gdy ktoś już przyjechał zabrać ciało…
Xavier siedząc dalej w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu leżała ona, wyjął z kieszeni spodni złożoną kartkę papieru.
List, który zostawiła mu Łowczyni. List spod kamienia. List, który odnalazł przy wejściu do magazynu. List, który czytał już wiele razy.


Xavierze,

To nieładnie tak mnie załatwić.
Jak mogłeś tak mnie potraktować po tym, co dla Ciebie zrobiłam?
Nie będę się długo gniewała. Musiałeś mieć swoje powody.
Rozumiem to.

Pewnie zainteresuje Cię, że K jest inicjałem od imienia Konstancjusz, a jednego takiego dobrze znasz.
Człowiek ten funkcjonuje pod wieloma pseudonimami.
Tobie przedstawił się jako Pierre.

Mam nadzieję, że odnajdziesz kobietę, której tak usilnie szukasz.
Gdy to się już stanie, pamiętaj, aby otoczyć ją szczególną opieką. Zasięgnęłam informacji na temat K.
Po tym, co jak przypuszczam, on jej zrobił, będzie Cię potrzebowała jak nigdy wcześniej.

Nie zawiedź jej.
Nie zawiedź mnie. Trzymam za Was kciuki.

Łowczyni              

P.S. Pewnie zdziwił cię sposób w jaki ukryłam list, ale jak już mówiłam: Stowarzyszenie wie o Tobie wszystko.
Teraz, gdy się Tobą zainteresowali, pilnuj się.





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz